Jack White kocha Polskę … (czyli relacja z koncertu w Warszawie)

Jack White kocha Polskę … (czyli relacja z koncertu w Warszawie)

… a Polska kocha Jacka White’a. Rzadko zdarza się, żeby artysta o takiej renomie przyjechał do naszego kraju na mini tourne. Cztery koncerty w odstępie pięciu dni. To doprawdy nieczęste zjawisko. Nie ma się co dziwić, wszak przodkowie artysty wywodzą się z naszego pięknego kraju. Pan artysta ma jednak też fanaberie. Na jego koncertach panuje absolutny zakaz używania telefonów komórkowych. Do tego stopnia restrykcyjny, że każdy posiadacz takiego urządzenia dostał przed wejściem specjalny futerał, w którym musiał umieścić telefon. Futerał był zaplombowany (oczywiście w kieszeni właściciela) i telefon odzyskać można było dopiero po występie. Nie zauważyłem, żeby ktokolwiek przemycił swoje urządzenie i pstrykał słit foteczki. Dyskusyjne posunięcie, jednak trzeba przyznać, że mające sporo „uroku”. Ludzie przeżywali muzykę a nie zastanawiali się czy fotka wyszła wystarczająco ostra. A co na scenie? Na scenie absolutna magia. Maestro zaczął od „Over And Over And Over” i już od pierwszych dźwięków wiadomo było, że nie będzie brał jeńców. To absolutny mistrz, „szołmen” i facet obdarzony niesamowitą charyzmą. Wszędzie go było pełno. Cieszy, że w trakcie swoich występów nie skupia się na solowym dorobku. Była bardzo bogato reprezentowana twórczość jego najsłynniejszego bandu White Stripes np: „Dead Leaves And The Dirty Ground”, „Hotel Yorba”, porywające wykonanie „Black Match” , „Icky Thump” … uffffff sporo tego a i tak nie wymieniłem wszystkich utworów. The Dead Wheater reprezentowane było przez „I Cut Like a Buffalo” a The Racountours – wiadomo – przez zagrany jako pierwszy bis „Steady as She Goes”. Twórczość solowa to głównie utwory z ostatniej płyty „Boarding House Reach” – ale nie obyło się bez „Freedom at 21” „Lazaretto” czy „That Black Bat Licorice” . Najbardziej magiczne momenty? Odśpiewane „Sto lat” dla mamy artysty, która dzień przed koncertem skończyła 80 lat, przepiękne wykonanie „Love Interruption” i wyczyny perkusistki Carli Azar. Kobieta ma nie mniejszą charyzmę i energię od Mr. White’a. Czy nie zapomniałem o czymś? Nie, nie, nie. TEN UTWÓR zostawiłem na koniec, został też jako ostatni tego wieczoru wykonany. Mowa oczywiście o „Seven Nation Army”. Usłyszeć TEN riff na żywo to ogromne przeżycie. Motyw nucony chóralnie na imprezach sportowych, utwór, który wszedł do kanonu absolutnych „klasyków”, również i na Torwarze został wyśpiewany przez tysiące gardeł.

Koncert petarda. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak szybko minęło mi półtorej godziny. Jack White to jednak artysta, muzyk … pełną gębą. Żałuję, że zakupiłem bilet tylko na ten jeden występ obecnej trasy po Polsce. Trzeba przyznać, że skubaniutki umie szarpać za struny. To były dobrze zainwestowane pieniądze.

Recenzja: Mariusz Jagiełło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *