BARDZO SMAKOWITE TE PIEROŻKI – czyli relacja z koncertu The Dumplings w warszawskim Palladium.

Koncertowy rok 2018 zakończyłem w iście nie swoim stylu. Jak zapewne się zorientowaliście gustuję raczej w rockowych dźwiękach, aczkolwiek zdarza mi się zrobić skok w bok. Tak też było we wczorajszy śnieżny wieczór. Wybrałem się na koncert zespołu wykonującego electro-pop. I to było bardzo godne ukoronowanie moich tegorocznych koncertowych wojaży.

The Dumplings promują krążek „Raj”. Krążek, który jest (napisze to z pełną odpowiedzialnością) na światowym poziomie. To jedna z najlepszych płyt tego roku – jak dla mnie nie tylko w Polsce. Muszę się przyznać, iż zespół poznałem dopiero, jak wydali ten album i pamiętam, że słuchając tych dźwięków bardzo nisko opadała mi „kopara”. Wczoraj opadła jeszcze niżej. Kompletnie nie spodziewałem się, że tak młodzi ludzie mają tak przemyślany pomysł na siebie.

Kuba Karaś i Justyna Święs nie lubią, kiedy traktuje się ich jak dzieciaki. Wydali przecież już trzy płyty. Zgarnęli sporo nagród i faktycznie muszę przyznać, że w ich muzyce i tekstach przebija niesamowita dojrzałość artystyczna. Na koncertach zaś umieją zawładnąć swoją publicznością. To naprawdę już w 100% „wyrobieni”, “oszlifowani” artyści i tak należy ich traktować.

Koncert zaczął się punktualnie o 21.00. Na scenie poza głównymi bohaterami skład koncertowy uzupełnił Wojtek Kostrzewa, grający na instrumentach perkusyjnych. Muzycy, ubrani w czerwone kombinezony, swój występ rozpoczęli od utworów z najnowszej płyty. „Kino”, „Raj” i jak to ujął Kuba – najbardziej seksowny na płycie – „Deszcz”. Zdziwiłby się ten, kto pomyślałby, że Karaś będzie jedynie „kręcił gałkami” – chłopak jest multiinstrumentalistą i co rusz łapał za gitarę. Był niczym Martin L. Gore. Justyna to serce i emocje zespołu. W przerwach między utworami zestresowana, co rusz mówiąca jakieś „gafy” . W czasie wykonywania piosenek to energia i ogień. Świetnie się uzupełniali. Zresztą interakcja z publicznością to osobny rozdział. Zawładnęli nami totalnie. Wyśpiewane przez publikę „Kocham być z Tobą” i „Nie gotujemy” to były niesamowicie magiczne chwile. Justyna zachęcała nas do tańca, śpiewu – po prostu robiła wszystko żebyśmy dobrze się bawili. Tak też było. Artyści zagrali wszystkie utwory z ich ostatniego dzieła. Re-we-la-cyj-nie zabrzmiały „Nieszczęśliwa”, „Frank” i przede wszystkim jako ostatni z bisów „Tam Gdzie jest nudno, ale gdzie będziemy szczęśliwi (w trakcie którego posypało się konfetti). Mnie zaskoczył cover „Running up That Hill” – miałem wrażenie, że młodzi ludzie – którzy w większości zapełnili Palladium – nie bardzo ogarniają ten legendarny kawałek Kate Bush. Dumplingsom chwała, że mają takie wzorce. Jeśli chodzi o covery zagrali również „Nie kłami” Dawida Podsiadły (ten już kojarzyła większość) i utwór z tekstem Agnieszki Osieckiej „Ach nie mnie jednej”. Z drugiej płyty poza wspomnianymi już „Kocham być z Tobą” i „Nie gotujemy” zagrali jeszcze tylko „Dark Side” … ale za to jak zagrali! …czapki z głów. Z pierwszej płyty … nie było nic.

Nie ukrywam, że idąc na ten koncert miałem małego “stresa”. Jestem przyzwyczajony do żywych instrumentów i bałem się, że to komputer zawładnie sceną. Na szczęście niepotrzebne były moje obawy. To był rewelacyjny, przemyślany występ. Ze sceny biło młodzieńczą energią, naturalnością i miłością do tego co się robi. Zero maniery, pozy i odwalania pańszczyzny.

Oj polubiłem te pierożki jeszcze bardziej – a ponieważ w marcu dają kolejny występ w warszawskiej Stodole … na pewno udam się na konsumpcję.

Relacja : Mariusz Jagiełło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *