„Chcą bym był ostatnim wokalistą Candlemass.” Przeczytaj wywiad z Jonahem Längqvistem

Wyobraź sobie, że twój dziadek jest wokalistą jednej z najważniejszych kapel metalowych ze Szwecji. Wyobraź sobie, że ten sam sympatyczny starszy pan o nienagannych manierach staje się gwiazdą i gdy wchodzi na scenę wita go wiwatujący tłum. Ty i ja możemy sobie to wyobrazić, ale dla wnuków Johana Längqvista to codzienność. Tymczasem w ciele doświadczonego muzyka wciąż bije serce młodego fana metalu zasłuchanego w kapele z lat osiemdziesiątych!

BG – Błażej Grygiel

JL – Johan Längquist

 

BG – Słuchając albumu „Door to Doom” doszedłem do wniosku, że po ponad 30 latach historia zatoczyła koło i wracamy do korzeni zespołu, a nawet całego gatunku, w którego powstaniu miałeś udział. Czy też masz takie wrażenie? Że wróciłeś do początku?

JL – Coś w tym rodzaju, chłopaki z zespołu zresztą mówią to samo. Powiedzieli mi, że chcieliby bym był ostatnim wokalistą „Candlemass”.

BG – Ostatnim, ale nie oznacza to, że nie będzie nowych albumów prawda?

JL – Oczywiście, że nie. To sprawia nam przyjemność i naprawdę udało nam się odnieść sukces. Z początku oczywiście się bardzo obawiałem, ale już w Norwegii poczułem, że jest dobrze.

BG – To nie jest tak, że przez ostatni 30 lat nie byłeś aktywny muzycznie. Jak zatem wyglądał Twój powrót do Candlemass? Nowe wyzwanie? Powrót do czasów młodości?

JL – To prawda, jeszcze przed nagraniem „Epicus Doomicus Metallicus” byłem obecny na scenie muzycznej. Myślę, że właśnie dzięki temu, że tak wiele muzyki nagrałem i zrobiłem w międzyczasie udało mi się tak łatwo w to wejść. Gdy po raz pierwszy usłyszałem piosenki na „Door to Doom” dosłownie się zakochałem.

BG – Właśnie, gdy wróciłeś do składu materiał był gotowy.

JL – Tak jest, ale przez całe życie właściwie piszę piosenki. To pozwoliło mi nauczyć się odnajdywać swoiste wejścia w muzykę. Dzięki temu potrafię się w niej odnaleźć, wyczuć jej ducha i stać się jej częścią, a nie tylko dodatkiem. Nie mogę kopiować nikogo, muszę to zrobić we własny sposób.

BG – Tak, po odejściu Marconi Messiah na pewien czas wróciłeś do koncertowania z Candlemass. Nie kopiowałeś jednak jego partii, śpiewałeś je niżej.

JL – Kopiowanie kogoś innego byłoby dla mnie niekomfortowe. Niezależnie od tego jaka to jest piosenka. Ja na przykład śpiewam wolniej niż Messiah, musiałem zatem odrobinę zmienić jego partię, zaśpiewać inaczej kilka słów, by to było „po mojemu”. Muszę się sam dobrze z tym czuć.

BG – A jak czujesz się w klimacie, który tworzy Candlemass. Oczywiście, gdy jesteśmy młodzi grają w nas silne emocje, fascynacja mrokiem i tak dalej. Jednak teraz jesteś doświadczonym mężczyzną i jak się w tym czujesz?

JL – Wszyscy dorastaliśmy z muzyką lat 70-tych i 80-tych. Tam na początku odnalazłem siebie. Potem zobaczyłem na żywo Black Sabbath, Judas Priest, Scorpions i byłem pewien, że chcę robić to, co oni. Potem nadeszło formowanie pierwszych zespołów, pisanie pierwszych piosenek. Owszem, przez lata wiele rzeczy się rozwija, ale to moje korzenie. Najnowszy album Candlemass nie jest daleko od nich. To rytm, mocne gitary, kocham to, to grube brzmienie.

BG – Czyli nie straciłeś kontaktu z tym dzieciakiem szalejącym na koncertach i marzącym o scenie? Masz go w środku?

JL – Tak! Nie można przestawać marzyć.

BG – A jak czujesz się z tym, że młodzi ludzie, kórzy mogliby być Twoimi dziećmi, chodzą na Twoje koncerty i myślą dokładnie to samo, co Ty podczas wystepów Judas Priest czy Black Sabbath?

JL – Czuję się onieśmielony i wdzięczny, że jestem częścią czegoś, co dało radość wielu ludziom. Publiczność była wspaniała, gdziekolwiek się pojawialiśmy. Różnica, którą dostrzegam między wielkim koncertem z 2007 roku i czasami obecnymi to fakt, że wcześniej było więcej starszych fanów. Teraz jest więcej dzieciaków, a nawet młodzież w wieku dzieci moich dzieci. Pamiętam na jednym z koncertów zobaczyłem mężczyznę z córeczką, trzynasto, może czternastoletnią. Oboje stali, oglądali, słuchali, a z ich oczu płynęły łzy. Wyglądali naprawdę słodko.

BG – Znamy Twój wkład w Candlemass, ale na pewno mógłbyś opowiedzieć mi o swoich innych  projektach. Z których jesteś najbardziej zadowolony?

JL – Na pewno znasz Jonah Quizz. To sam początek i powód, dla którego nie mogłem kontynuować współpracy z Candlemass. Jestem zadowolony z tego, co wtedy zrobiłem, można te nagrania znaleźć na CD. W ciągu kolejnych lat pisałem piosenki dla innych, może niekoniecznie w bliskim sobie stylu. Nie było to heavy metal, a choć lubię różne style muzyki, ten jest mi najbliższy. Jednak nawet jak go kochasz, czasem trzeba zrobić coś innego. To także może być świetna zabawa.

BG – Takie odniosłem wrażenie, że szeroko patrzysz na muzykę.

JL – Tak jest, to pomaga mi swobodnie się w niej poruszać. Łatwo się wpasowuje, właśnei dzięki temu co napisałem przez lata. Przerobiłem wszystkie tonacje, akordy wzdłuż i wszerz. Nauczyłem się tego przez lata.

BG – Mógłbyś mnie może pokierować w stronę ciekawych niemetalowych rzeczy, których powinienem posłuchać?

JL – Sięgnij do tego, co robiłem za młodu, do Jonah Quizz. Jest też taka wokalistka, nie wiem czy ją znasz z reklamy Coca-Coli, Robin Beck (amerykańska wokalistka, która stała się sławna w latach 80-tych dzięki wykonaniu piosenki „First Time” do reklamy Coca-Coli – przyp. Red. ). Słuchała mojego materiału i zapytała, czy może zaśpiewać trzy z moich piosenek. Nie były one metalowe. Oczywiście się zgodziłem i kilka piosenek z tego albumu jest naprawdę dobrych.

BG – Ok, to poszukam tego!

JL – Niestety jest do tego okropny teledysk (śmiech).

BG – W porządku, wyłączę monitor (śmiech).

JL – Właśnie! Chyba jest gdzieś na YouTube.

BG – Czy gdy Candlemass do Ciebie zadzwonił najpierw po 20 latach, a potem po 10 było to dla Ciebie zaskoczenie?

JL – Od samego początku byliśmy przyjaciółmi, nie było między nami żadnych trudnych sytuacji po moim odejściu. Dlatego potem jak zadzwonili nie było z tym żadnego kłopotu. Poprosili o nagranie demówki, szukali nowego wokalisty, tak też zrobiłem. Nie spodziewałem się, bo mam swoje zajęcia, ale gdy zadzwonili poprzednim razem, a mam mnóstwo dzieci, czwórkę i siedmioro wnuków, dzieci są dorosłe, mieszkają same, stwierdziłem, że to idealny czas. Powiedziałem im, że jeśli uważają, że się nadaję, to wchodzę w to, bo to perfekcyjny moment w moim życiu. Pracowałem w tym czasie z innym znajomym nad projektem solowym dla mnie, ale to może poczekać. Rzuciłem wszystko i jestem w 100% zaangażowany w Candlemass.

BG – Jak sobie radzisz z powrotem do grania tras? Wiążą się z tym niedogodności, godziny na lotniskach, spanie w niewygodnych warunkach.

JL – To fakt, godziny oczekiwania, męczące podróże, ale to jest tego warte. Fajnie by było móc nacisnąć guzik i przenieść się na miejsce, ale to niemożliwe.

BG – Mówiłeś, że będą kolejne albumy Candlemass z Tobą. Będą tam także Twoje piosenki lub teksty?

JL – Nie, ponieważ to Leif jest mózgiem tego zespołu. On tworzy muzykę i teksty. Jest w tym naprawdę świetny,  to prawdziwy artysta.

BG – Czy masz jakieś muzyczne plany poza najbliższymi koncertami, w tym także tym w Polsce? Czy są pomysły, które trzymasz na później w szufladzie?

JL – Nie, oczywiście rozmyślam i tworzę, ale Leif pisze doskonałe rzeczy, więc mi to wystarcza. Świetnie się bawię śpiewając ten materiał, zatem mogę na pewien czas odłożyć inne swoje rzeczy.

BG – Gdy nagrywaliście „Astorolus – The Great Octopus” miałeś okazję spotkać Tonyego Iommiego?

JL – Niestety nie, jego sola były gotowe gdy doszedłem do zespołu. Może następnym razem. Jeśli go zobaczę, na pewno z nim pogadam, bo to mój gitarowy bohater.

BG – Chciałbym podsumować, bo od pierwszego do ostatniego albumu Candlemass przeszedłeś dlugą drogę. Mówiłeś, że masz w sobie wciąż tego młodego fana, a czy jest tam dalej też ten wokalista, który zaczynał? Jakbyś porównał siebie z tamtych lat do dzisiejszego?

JL – Myślę, że po prostu cieszę się tym jak moje brzmienie wpasowuje się w muzykę. Na początku też tak było. Oczywiście po drodze uczysz się wielu rzeczy, sprawdzasz daną linię na wiele sposobów by znaleźć najlepszą.

BG – Obejrzałem filmik z waszej próby, czy rzeczywiście tak pracujecie? W sali prób, jak za starych dobrych czasów?

JL – Tak jest, nagrywaliśmy go podczas prawdziwej próby, tak rzeczywiście gramy.

BG – Czyli po latach to wciąż ta sama głośna muzyka grana przez grupę kumpli w piwnicy?

JL – Tak jest!

BG – Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę zdrowia oraz sił na koncert w Polsce!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *