Ekskluzywny wywiad z Peterem Strakerem

Ma siedemdziesiąt siedem lat, a pogodą ducha mógłby obdzielić kilka o wiele młodszych osób. W świecie musicali jest żywą legendą i prawdziwą ikoną. Dla fanów rocka jednak to także ważna osobistość. Freddie Mercury, wokalista „Queen”, starał się nie opuszczać żadnego z jego występów w Wielkiej Brytanii. Teraz Peter Straker znalazł chwilę by porozmawiać ze Strefą Music Art. Słuchając jego nagrać zrozumiecie skąd miłość wokalisty „Queen” do musicali, opery i teatru, którą tak mocno widać choćby w „Innuendo” i „Bohemian Rhapsody”. Z pewnością zauważycie także pewne zabiegi wokalne, których używali obaj. Który z nich był nauczycielem, a który uczniem? Była to ciągła wymiana.

 

Zaczynamy od najnowszego wydawnictwa artysty, bo właśnie do sprzedaży trafiła reedycja jego trzech albumów. Pytań o Mercurego jednak nie zabraknie, jednak zostawiłem je na później. Nie chciałem rozdrapywać ran, bo w końcu na rok przed śmiercią mimo szczerej i naprawdę mocnej przyjaźni ze Strakerem Freddie zerwał kontakt i nie pozwolił przyjacielowi nawet się ze sobą pożegnać. Nie chciał się przed nim otwarcie przyznać do choroby AIDS.

 

BG – Błażej Grygiel

PS – Peter Straker

 

BG – W tym roku wydajesz naprawdę dużą porcję muzyki!

PS – To prawda, wydaję box set zawierający trzy płyty z okresu połowy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. To muzyka wydana pod auspicjami Freddiego Mercurego.

BG – Chciałem prześledzić pana karierę muzyczną, ale nie jest to łatwe, bo jest ona naprawdę długa. Ile lat jest pan obecny na scenie?

PS – Myślę, że obecnie to około 52 lat. Na szczęście wciąż żyję (śmiech)!

BG – Dlaczego właśnie teraz zdecydował się pan na takie reedycje, co jest w nich wyjątkowego?

PS – Na pomysł wpadł Barry Ashton, pracujący z Cherry Records, przekonywał mnie do tej reedycji około 7-8 lat. Mój producent i większość ekipy nad tym pracowała kilka lat, stwierdziliśmy, że teraz jest dobry moment. Skupiliśmy wcześniej wszystkie prawa do muzyki, zremiksowaliśmy odrobinę partie pianina, perkusji i i basu (moich raczej nie). Następnie słuchaliśmy tego naprawdę wiele razy i zdecydowaliśmy, że… brzmi znacznie lepiej niż myśleliśmy!

BG – Obawialiście się?

PS – O tak! Ale okazało się, że brzmi to dobrze. Nagrywałem to będąc bardzo młodym i wiele się wtedy nauczyłem. Stwierdziliśmy, że czemu nie?

BG – Te nagrania są rzeczywiście z czasów pana młodości, czy wraca pan do nich także na koncertach?

PS – Planowałem to, owszem. Ale wszystko jest odwołane! Ostatnio występowałem w sztuce teatralnej „La Cage aux Folles”, która została przetłumaczona na język angielski. Musieliśmy przerwać występy. Miałem w planach potem inne występy, w tym także takie, gdzie stare numery miał się znaleźć w nowej formie. Zobaczymy, wszystko zależy od tego co przyniosą kolejne miesiące. Mam nadzieję, że będę mógł wystąpić ze starymi piosenkami w radiu, w telewizji, na koncertach.

BG – Grał pan w najsłynniejszych musicalach: „Hair”, „The Rocky Horror Show”, „Tony”, był pan dosłownie wszędzie! Czy jednak jest jeszcze jakiś spektakl, w którym chciałby pan wystąpić, a jeszcze było ku temu okazji?

PS – Nie myślę w ten sposób. Nie rozmyślam o tym czego nie zdążyłem zrobić, albo o tym co mogłoby się wydarzyć.

BG – Czyli nie jest pan skupiony na jakiś wyznaczonych celach, tylko żyje tu i teraz?

PS – Trochę tak właśnie jest. Oczywiście są rzeczy, które chciałbym zrobić, ale też nie pojawił się jeszcze nikt kto zawołałby „chodź, zróbmy to”! Gdy pojawił się pomysł wzięcia udziału w „La Cage aux Folles” zgodziłem się od razu, bo było to coś nowego, premiera i w dodatku nie musical.

BG – W ciągu wielu lat kariery widział pan wiele trendów czy mód, które przychodziły i odchodziły. Jakie cechy powinien mieć artysta, który tak długo utrzyma się na scenie?

PS – Myślę, że musi mieć dużo szczęścia (śmiech)! Ja go miałem wiele i spotkałem ludzi, którzy zapraszali mnie do różnych projektów. Czasami nie byłem w stanie przyjmować propozycji ze względu na zapełniony grafik. Miałem szczęście, że niektórzy byli gotowi na mnie poczekać nawet kilka tygodni. Tak, to jednak jest kwestia szczęścia (śmiech)!

BG – Mógłbym pana zapytać o mnóstwo różnych rzeczy, bo ma pan naprawdę ogromną historię, ale jedno szczególnie mnie zainteresowało. Chodzi o epizodyczną rolę w serialu „Doctor Who”. Było to w 1979 roku, pamięta to pan?

PS – Tak, oczywiście! To była wspaniała zabawa. Gdy byłem znacznie młodszy oglądałem ten serial. Miałem okazję zagrać z Tomem Bakerem, jednym z najlepszych Doktorów, w czteroodcinkowej serii zatytułowanej „Destiny of the Daleks”. Zagrałem postać komandora Sharrela. Wspaniale się przy tym bawiłem. Jedyna mniej przyjemna rzecz, którą pamiętam z tej współpracy to fakt, że potem poproszono mnie o jeszcze jeden występ, ale nie mogłem z niego skorzystać przez napięty grafik koncertów. Wielka szkoda. Ale „Doctor Who” był świetny.

BG – Opowiedz mi o swojej przyjaźni z Freddym Mercurym. Wszyscy pana o oto pytają, ale niewielu wie o tym, że bywał on na prawie każdym pana występie. Czy można powiedzieć, ze był także pana fanem?

PS – Myślę, że nie. Byliśmy rzeczywiście bardzo dobrymi kumplami i robił to co robią przyjaciele: wspierał mnie gdy mógł. To rodzaj obopólnego szacunku. Patrząc na to dzisiaj, po latach, rzeczywiście potrafił przyjechać do różnych miast tylko by mnie zobaczyć, ale i ja robiłem to samo. Jeździłem by oglądać go w Queen. To było wspaniałe, że miałem okazję mimo pracy.

BG – Zacząłem od tego pytania nieprzypadkowo. Zajmuje się pan zarówno z grą aktorską jak i śpiewem, czego przykładem są musicale. Wpływ tego typu sztuki widać w „Queen”. Zastanawiam się, czy to nie jest tak, że to pan otworzył Freddiemu drzwi do tego świata, a on przełożył to do świata rock’n’rolla.

PS – Bardzo trudne by to ocenić… Chciałbym tak myśleć, ale tak nie sądzę…

BG – Ponieważ jest pan bardzo skromny, to już zauważyłem.

PS – Myślę, że inspirowaliśmy się wzajemnie. Freddy był zawsze zainteresowany formą w sztuce. Fascynował się teatrem i nawet był proszony o granie, ale nie zdecydował się. Tworzył swój własny z zespołem. Wierzę, że kilka rzeczy, które mu powiedziałem mogło mieć na niego wpływ, jak i jego twórczość z Queen miała na mnie. To było naturalne i wzajemne. Idąc na inną sztukę, balet choćby myślisz „ok, może tego nie zrobię, ale podoba mi się to!”

BG – Pracowaliście razem także muzycznie, nagraliście kilka utworów.

PS – To było wspaniałe. Tyle się nauczyłem! Wtedy byłem młodym artystą, z nagranym tylko jednym albumem, ale tyle się nauczyłem i świetnie się bawiłem. Miałem tyle szczęścia by móc podglądać różnych muzyków podczas nagrań, słuchać ich i poznawać.

BG – Gdyby pan miał możliwość nagrania z Mercurym dzisiaj jakiegoś utworu, który by pan wybrał?

PS – Nie myślę w ten sposób. Mógłbym się oczywiście martwić i żałować, ale to już odeszło i nic nie da się na to poradzić. Nic mądrego nie mogę powiedzieć na ten temat. Takie jest po prostu życie.

BG – Wiele czasu spędził pan z Freddym i jego przyjaciółmi, bohemą artystów. Jak to wyglądało, żyć w takiej grupie?

PS – To było wspaniałe, brałem to wtedy za pewnik, tacy ludzie byli dookoła mnie. Dziś dalej pracuję i utrzymuję kontakt z wieloma artystami. Siadamy sobie, gadamy i żartujemy z naszej pracy. Złych ludzi po prostu odcinamy. To był piękny czas.

BG – Czy ma pan kontakt z innymi członkami Queen?

PS – Nie, czasami widuje Rogera i Briana podczas wydarzeń kulturalnych, jesteśmy dla siebie mili, zawsze wymienimy uprzejmości, ale nie jesteśmy za blisko.

BG – Wiem, że nie lubi pan przewidywać przyszłości, ale teraz będąc na przymusowych wakacjach związanych z wirusem planuje pan następne artystyczne kroki?

PS – Teraz rozmawiam z Tobą, potem wypiję jeszcze drinka (podnosi kieliszek), na zdrowie!

BG – Na zdrowie! To szampan?

PS – Tak jest. Potem będę cieszył się chwilą wolnego, nakręcimy krótki film z moim kolegą, który ostatnio do mnie zadzwonił. Planuję też współpracę z Gabriele Baldocci, z którym w ubiegłym roku graliśmy razem. To pianista i kompozytor, z którym przygotujemy kilka radiowych rzeczy. Oprócz tego będę przygotowywał się do występów w tym roku.

BG – Jest pan bardzo zajętym człowiekiem!

PS – O tak, mam nadzieję, że tak zostanie.

Czego i my Peterowi Strakerowi życzymy, a sobie samym takiego spokoju, luzu z przysłowiowym kieliszkiem szampana w ręku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *