Recenzja Płyty “Gigaton” zespołu Pearl Jam !

Królowie flanelowych koszul i zdobywcy serc nastolatek lat dziewięćdziesiątych powracają z jedenastym albumem. Lata minęły, ba, dekady! Nastolatki dziś puszczają sobie ulubioną muzykę w rzadkich wolnych chwilach, może czasem utyskując, że nie udało im się zarazić nią swoich dzieci. A co z bożyszczami sceny, którzy kiedyś za pomocą „Even Flow” czy „Jeremiego” burzyli muzyczne mury? Cóż, oni też się zestarzeli i ma to swoje plusy i minusy.

Z pewnością na plus trzeba zaliczyć fakt, że ekipa Eddiego Veddera nie próbuje nikogo oszukiwać. W przeciwieństwie do wielu doświadczonych kapel, które starają się wciąż pozostać „pięknymi dwudziestoletnimi” Pearl Jam to dojrzały zespół złożony z muzyków, a nie modeli czy aktorów grających role stereotypowych rockersów. Dlatego na „Gigaton” nie znajdziecie powrotu do korzeni. Zresztą już pierwszy singiel z płyty, „Dance of the clairvoyants” jest rockowy, buja w rytmie disco, a wokal jest odpowiednio nastrojowy i lekko depresyjny – idealna mieszanka do obserwowania rozpadania się świata rozpoczynającej się trzeciej dekady XXI wieku.

Nie zamierzam rozwodzić się o każdej z piosenek, znajdziecie tutaj klasycznego rocka, troszkę eksperymentów, a nawet akustyczną balladę. Album jest spójny, gitarowy i… niestety troszkę miałki. To ten minus wieku, o którym wspominałem na początku. Podczas gdy tacy artyści jak Bruce Springsteen czy Iggy Pop (a w popie Tom Jones) z wiekiem robią się coraz ciekawsi Pearl Jam zdaje się gubić ostrość swoich odcieni. „Gigaton” ma sporo przyjemnych melodii, ale niewiele z nich zapadło w moją pamięć, a i eksperymenty brzmieniowe nie powaliły. Oddać jednocześnie trzeba cesarzowi co cesarskie: produkcja jest świetna i to jak brzmi gitara basowa (przepraszam, tekst pisze basista, a w PJ ten instrument zawsze był ważny) to naprawdę ekstraklasa. Słychać doskonale, że wśród tylu kapel wyrosłych z grunge’u Pearl Jam oprócz tworzenia odpowiedniego klimatu po prostu umiał i umie świetnie grać.

Fanom kapeli oczywiście polecam „Gigaton”, bo nawet jeśli nie porwie ich te kilka ostrzejszych kawałków, to spokojniejsze i bardziej nostalgiczne melodie pozwolą uśmiechnąć się do najpiękniejszych wspomnień z czasów buntu, naszywek i napisów markerem na kostce, zdartych glanów, flanelowych koszul, koralików, kiedy jeszcze mieliśmy gęste włosy młode ciała oraz głowy pełne marzeń.

Natomiast nowych fanów jedenasty krążek kapeli raczej nie przyniesie. Po takim tytule spodziewałem się naprawdę wybuchowego powrotu. Brzmi raczej jak nocny powrót autostradą do domu z bardzo długiej podróży. Z drugiej jednak strony, czy można mieć żal do kapeli, która nie musi nikomu nic udowadniać, że nagrywa po swojemu nie próbując naginać się pod kolejne przemijające mody?

Recenzja Błażej Grygiel.

Album Review: Pearl Jam Bounce Back With "Gigaton" | SPIN

Tracklista Pearl Jam – “Gigaton”:

1. “Who Ever Said”
2. “Superblood Wolfmoon”
3. “Dance of the Clairvoyants”
4. “Quick Escape”
5. “Alright”
6. “Seven O’Clock”
7. “Never Destination”
8. “Take The Long Way”
9. “Buckle Up”
10. “Come Then Goes”
11. “Retrograde”
12. “River Cross”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *