Wywiad z zespołem Subterfuge

Wydali już dwa concept-albumy, każdy dwupłytowy i wypełniony grubo ponad godziną materiału. Właśnie pracują nad trzecim, który raczej nie będzie krótszy. Subterfuge, bo o tym składzie mowa, rok rocznie prezentuje albumy wypełnione utworami zaaranżowanymi z ogromnym rozmachem. Celowo piszemy “utwory”, a nie piosenki. W szybkim czasie jasno zabłysnęli na scenie polskiego metalu progresywnego, ale jak przekonuje lider zespołu, ich ambicje sięgają znacznie dalej. 
 

BG – Błażej Grygiel

TS – Tyberiusz Słodkiewicz

BG  – W ciągu dwóch lat, rok po roku, wydajecie nowe albumy. To zabójcze tempo pracy. Zamierzacie je utrzymać?

TS – Mam nadzieję, że pomimo tego, co dzieje się wokół nas w tej chwili, czyli ograniczeń w spotkaniach i tak dalej, że tak. Album powstanie, ale raczej nie wyjdzie w tym roku. Mamy nadzieję utrzymać termin pierwszego kwartału przyszłego roku. „Prometheus” wyszedł dosyć późno, z uwagi na sprawy kontraktowe z Pure Steel Records. Tam mieliśmy pół roku opóźnienia, związane z tym, że zaproponowali oni odległy termin realizacji.

            Jak wrócimy sobie do lat siedemdziesiątych, na przykład Judas Priest w momencie jak trafili do CBS wydawali albumy co roku. „Sin after sin” z 1977, „Stained Class” z 1978 i w tym samym roku „Killing Machine”. Rok później koncertówka „Unleashed in the East”. Jechali z koksem bardzo ostro. Pewnie były wtedy inne realia, dziś niekoniecznie muzyka sprzedaje się na płytach, zespoły żyją z tras koncertowych. Te nowe płyty są bardziej potrzebne po to by ruszyć w trasę, a nie z kolejnym jubileuszem albumu z lat osiemdziesiątych. Cierpi na tym cała scena muzyczna, ale świat się zmienił.

BG – Trzeba się w tym odnaleźć, znaleźć nowe miejsce na rynku…

TS – Zgadza się, rynek został zepsuty. Gdy albumy CD się sprzedawały było coś materialnego, co można było wziąć do ręki. Jeszcze fani metalu są dość wierni, lubią mieć jakiś przedmiot w postaci płyty czy longplay’a winylowego. To mi się podoba, ale wracając do Twojego pytania – pomysłów mam naprawdę dużo, bo to ja piszę muzykę i teksty. Czasem wręcz staram się ograniczać w tworzeniu muzyki. Robię to wtedy gdy wiem, że muszę napisać materiał na nową płytę, albo chcę to zrobić. Jeśli biorę gitarę do ręki to skupiam się bardziej na ćwiczeniach technicznych, niż na samym komponowaniu. Nie lubię jednak bezczynności, lubię gdy wszystko toczy się szybkim torem. Gdy mam coś do przekazania staram się to wykonać, a nie odkładać na „święty nigdy”. Ludzie tak często robią: „a mamy czas”, wiesz jak to jest. Ja uważam, że jeśli jest możliwość dzisiaj to róbmy, nie wiadomo co jutro będzie. Mamy taki czas, że to podejście do życia, które reprezentuję, ma sens: nie odkładajmy tego na później, bo potem możliwe, że nie będziemy mogli tego zrobić.

BG – Zatem możemy spodziewać się nie jednej, a kolejnych płyt Subterfuge?

TS – Zdecydowanie tak! Już teraz pracujemy w studio nad następcą „Prometheusa”, która zamknie całą trylogię zapoczątkowaną na „Projections from the past”. Po tym okresie Subterfuge wkroczy w zupełnie nowy rozdział, na który tworzę już muzykę i teksty.

BG – To także będą concept-albumy?

TS – Dla mnie jest to najbardziej interesująca formuła jeśli chodzi o tworzenie muzyki. Najbardziej mi się ona podoba i uważam, że dobrze się sprawdza w kontekście całego zespołu.

BG – Opowiedz nam trochę o tej pierwszej opowieści, którą właśnie realizujecie. Nie chcę powiedzieć, że jest to „epicka” historia, bo to określenie jest mocno zużyte. Jednak jest tu dużo rozmachu, zarówno w treści jak i pod względem środków. Czego dotyczy ta opowieść?

TS – Prace nad utworami do „Projections from the past” zaczęły się w 2015 roku. Wówczas na rynku polskim pojawił się serial science fiction „Miasteczko Wayward Pines”. Ta historia bardzo mi się spodobała i napiszę utwór, który będzie się nazywać „Wayward Pines”. Ten utwór nazywa się teraz inaczej i jest częścią większej opowieści. Historia wydała mi się na tyle fajna, że na jej bazie można zbudować opowieść. W momencie gdy wszedłem do studia w 2017 roku, sam bo zespół już nie istniał. To byli młodzi ludzie, którzy rozjechali się po swoich uczelniach, miłości, małżeństwa. Gdy znalazłem się w Multisort Studio u Witka Nowaka to był okres, gdy stwierdziłem, że mam fajny materiał, który można nagrać i utrwalić by postawić na półce, pokazać wnukom, że to będzie fajna pamiątka. Podczas nagrań doszedłem do wniosku, że to wszystko fajnie by było połączyć to w całość i zrobić concept-album. Wszystko to powstało na podstawie serialu i stojącej za nim książki. Ta pierwsza płyta luźno nawiązuje do pierwszego sezonu serialowego.

            Jeśli chodzi o „Prometheusa”, byłem rozczarowany tym, co zostało pokazane w sezonie drugim serialu. Autor scenariusza bazując na drugim tomie powieści, zaczął troszeczkę zjadać własny ogon, historia straciła swój efekt świeżości. Stwierdziłem, że stworzę własną kontynuację opowieści, poprowadziłem ją w innym kierunku.

BG – Znów zrobiłeś dwupłytowy album, to jest znów ponad półtorej godziny muzyki! Strasznie dużo!

TS – Pierwszy album był bardzo eklektyczny, piosenki powstawały od 2015 do 2017 roku. W międzyczasie w studiu powstawał literacki koncept płyty. Poza tym muzycy z łapanki: ja nagrałem wszystkie gitary, Witek Nowak nagrał bas, Bartek Grochulski (z zespołów Nomad, Kira, Sawblade) nagrał perkusję.

BG – Jeszcze nie byliście zespołem, tylko był lider i muzycy, którzy z nim nagrywali?

TS – Tak, każdy przyszedł, nagrał, było to takie „przy okazji” dla wszystkich. Dla mnie i producenta było to bardzo ważne, ale podejście było raczej takie, że „coś się wydarzy i może potem umrze śmiercią naturalną”.
Natomiast w przypadku drugiej płyty sesja i proces pisania muzyki były krótkie i zwarte. Ten album jest bardziej spójny, wiedziałem już w jakim kierunku muzycznym chcę iść. Miałem wizję muzyki i zrealizowałem ją od A do Z. „Prometheus” jest w pełni dojrzałym projektem, świadectwem tego co ten zespół jest w stanie z robić w pełnym składzie.

BG – Jak z waszą aktywnością koncertową. Na jesieni spodziewam się, że sytuacja się unormuje i organizowanie koncertów wróci do normy. Czy macie plany?

TS – Tak, mamy plany. Te plany były od samego początku, żeby zebrać ekipę koncertową i zacząć koncertować. Z niezależnych przyczyn było to postponowane w czasie. Przy okazji „Prometheusa” wiedzieliśmy już, że chcemy koncertować. Album trafił do kilku osób zajmujących się menadżerką i znalazł się ktoś chętny do zajęcia się organizacją koncertów, co na szczęście spadło ze mnie.

BG – To bardzo trudna praca, bukowanie koncertów, organizacja i przytrzymanie potem tego wszystkiego za głowę, wyegzekwowanie warunków.

TS – Trzeba mieć wielkie doświadczenie, trzeba znać branżę i rynek. Na szczęście trafiliśmy na kogoś, kto ma o tym doskonałe pojęcie i cały czas jesteśmy w fazie przygotowywania trasy. Będzie to opóźnione w związku z tym, co dzieje się z koronawirusem. Pierwsze koncerty mieliśmy grać w maju, chyba nie damy rady, może uda się w czerwcu. Może uda się w czerwcu, zobaczymy.  Mamy pobukowane coś w lipcu, sierpniu, ale są to raczej pojedyncze wydarzenia, związane z lokalnymi festiwalami. Szukamy partnera do jesiennych koncertów, chcemy zrobić trasę po Polsce. W przyszłym roku natomiast chcemy się już wybierać za granicę, pokazać się fanom może w Niemczech, może gdzieś dalej, zobaczymy.

 BG – Wasza muzyka określana jest jako progresywny metal, dużo tam się dzieje, aranżacje są skomplikowane. Jak oceniasz odbiór waszej muzyki po dwóch latach. Powszechna opinia jest taka, że Polska stoi blackiem, deathem, nasze produkty eksportowe to Mgła czy Batushki (ile by ich nie było), nie wspominając o Behemocie czy Vaderze. To najbardziej ekstremalne odmiany metalu, wasza muzyka jest inna. Czy widzicie odzew ze strony publiczności?

TS – Na razie trudno o tym mówić, bez pokazania się koncertowo szerszej publiczności. Szczególnie, że chcemy zaprezentować coś więcej niż tylko zwykły koncert. Planujemy zorganizować show: pirotechnika, projekcje multimedialne, mamy swoje ambicje związane z tym jak to chcemy pokazać. Muzycznie wygląda to już całkiem przyzwoicie. Natomiast co do produkcji dopóki nie zaczniemy organizować pierwszych koncertów i kleić tego do kupy, patrzeć jak się ludziom podoba, trudno jest powiedzieć.
            Odzew, jeśli chodzi o recenzje i kontakt fanów, jest pozytywny. Płyta pierwsza już miała bardzo dobre recenzje w Polsce, ale i tylko tutaj była wydana. Drugą wydało Pure Steel Records i trafiła ona za granicę. Tutaj mamy właściwie same pozytywne recenzje. Niektóre mówią, że poza najbardziej ekstremalnymi odmianami trafił się polski zespół, który prezentuje wysoki poziom.

            Co do tego co gramy, gdy miałem 17 lat grałem techniczny death metal z grupami szczecińskimi (stamtąd pochodzę). To był czas, gdy trafiałeś na muzyków z Egzekuthor czy Merciless Death. Wtedy faktycznie to już był czas gdy pojawił się grunge i thrash odchodził na bok. Wszystkie zespoły, które wtedy zaczynały chciały grać coraz szybciej i ekstremalnej. Trochę wydoroślałem przez te ponad 20 lat, dziś się z nikim nie ścigam i nie uważam, że wprowadzenie klawiszy to zdrada metalu. Wtedy było ekstremalnie, scena thrashowa z lat osiemdziesiątych zmieniła wszystko. Do czasu czarnego albumu Metallici i odejścia Halforda z Judas Priest. Ten metal cały siadł, Metallica wydała „Load” i wszystko upadło. Widać to było po Iron Maiden, Judas Priest, do 2000 roku, do czasu jak Dickinson wrócił do Iron Maiden, metal praktycznie nie istniał przez dekadę lat 90-tych.

BG – A jak oceniasz obecne czasy jeśli chodzi o polską scenę metalową?

TS – Jest kupę fajnych zespołów, nie tylko ekstremalnych, także heavy, speed, powermetalowe. Hellheim wydał dobrą płytę „Slaves of Apocalypse”, Divine Weep wydaje drugą płytę. Tylko muzyka jest niestety podzielona regionami w Polsce. Są regiony, gdzie metal zupełnie nie istnieje, są takie gdzie ma się dobrze. Chodząc na koncerty widzę, że w różnych miejscach w Polsce to różnie wygląda. Są regiony, gdzie nie ma publiki. Dużo, jeśli chodzi o popularność metalu, zrobił Nocny Kochanek. Może to nie jest moja bajka jeśli chodzi o teksty, taki polski Steel Panther, muzycznie również, bo to muzyka, której każdy może posłuchać, nawet gospodynie domowe. Jednak chłopaki zrobili naprawdę dużo by metal znów mógł pojawić się na salonach.

BG – Żeby ludzie przestali się jej bać?

TS – Z tym strachem to też jest wyolbrzymiane. Muzyka metalowa ma ogromny potencjał, w jej tekstach możesz opowiadać o wszystkim, czego nie możesz robić w wielu innych gatunkach. Poza tym muzycy metalowi kochają muzykę i grają z pasją, więc są dobrymi muzykami. To ogromny potencjał i muzyczny i tekstowy. W tej chwili jest hip-hop na topie. Wydaje mi się, że gdyby koncerny muzyczne, które wydają w Polsce muzykę, albo telewizje, radia troszkę zmieniły podejście bylibyśmy jak Czechy, Niemcy czy Skandynawia, gdzie ta muzyka żyje.

BG  – Czego wam zatem życzyć: jako zespołowi i Tobie jako mózgowi projektu?

TS –  Przede wszystkim zdrowia (śmiech), a po drugie, chcielibyśmy wypłynąć na szerokie wody, nie tylko polskie ale i zagraniczne.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *