Yanish: Dzięki muzyce potrafię znaleźć sobie mentalną bezludną wyspę

Wraz z nadejściem roku 2021, ukazał się nowy album Yanisha. Intencją „Kwiatostanu” jest zaspokojenie naszych corocznych oczekiwań wobec nowego roku, który ma być lepszy od poprzedniego. Yanish za pomocą tekstów, które oplatają melodie haftowane ciszą i aksamitnym spokojem, stworzył świat, do którego zaprasza słuchaczy pragnących  odizolować się od nieznośnej rzeczywistości. Czy słuchacze przyjmą jego zaproszenie?

 

„Kwiatostan” jest dla Yanisha autoterapią i okazją do przeniesienia się w miejsce niedostępne dla nikogo. Sam podkreśla, że dzięki muzyce potrafi znaleźć swoją mentalną bezludną wyspę. Nie pozostaje jednak obojętny na słuchaczy, dlatego każdy z utworów zamienił w wyjątkowy przepis na ukojenie i  naturalne podejście do spraw życiowych. Na płycie dominują silne uczucia, nie brak rozważań o pięknej i dojrzałej miłości, które zawarte w utworze „Z Tobą we mgle” zyskują rangę pamiętnika. Yanish decyduje się także na wątki
o nieuniknionej śmierci, zerwaniu z nałogami oraz wolności, której należy bronić.

O potędze miłości, hałasie, który wycisza, rzeczach „pięknie-ładnych” i wreszcie o tym, jak odnaleźć się w świecie pełnym skaz – Iwona Smyrak w rozmowie z Yanishem.

5 stycznia 2021 roku ukazał się Twój drugi album. Gdyby sięgnąć pamięcią do rozpoczęcia pracy nad „Kwiatostanem”, co złożyło się na zamiar stworzenia go w takiej odsłonie? Czy plany wobec płyty ewoluowały?

Naturalnym następstwem nagrania poprzedniej płyty jest szukanie inspiracji. W międzyczasie, z zespołem Half Light nagrałem „(Nie)pokój Wolności” – płytę bardzo mocną pod względem zarówno muzycznym jak i tekstowym. W „Kwiatostanie” mającym stanowić kontrapunkt do płyty Half Light, chciałem zawrzeć nieco inne kwestie. Podczas komponowania nie miałem jeszcze całkowitej wizji albumu, jednak zamysł był taki, aby cisza, spokój i naturalne podejście do spraw życiowych wiodły prym. Wiedziałem również, że na płycie nie będzie mocnych bębnów,
a w zamian pojawi się flet poprzeczny, który ma właściwości kojące.
Słuchacze mogą ocenić, czy „Kwiatostan” jest ciszą.

To prawda. Nie da się ukryć, że „Kwiatostan” jest albumem bardzo melancholijnym.
W swoich tekstach jednak poruszasz tematy nie tylko sielankowe i zbliżone do tła muzycznego – pojawia się między innymi wątek śmierci i wolności. Czy ciepła i kojąca melodia może  okazać się dla słuchacza pewnego rodzaju pułapką?

Nie nazwałbym tego pułapką. Treść poświęcona spokojowi, miłości i namiętności z pewnością dominuje, jednak nie chciałem, by płyta była monotonna. Podczas nagrywania „Kwiatostanu”, a trwało to rok, pojawiły się inne ważne tematy, które zdecydowałem się zawrzeć na albumie.
W utworze o charakterze buntowniczym, czyli „Nie można”, śpiewam o tym, że nie ze wszystkim się zgadzam i nie wszystko jest piękne – znaleźliśmy się w sytuacji, kiedy ograniczono naszą wolność i musimy dążyć do tego, aby nie dać się całkowicie zmanipulować. Równocześnie piosenka „Co to za pani” porusza wątek śmierci, który cyklicznie pojawia się w mojej twórczości. Tym razem pokazałem ją w sposób nieco inny, personifikując ją do postaci damy, która otwiera nam drzwi, a my, prędzej czy później musimy przez nie przejść. Z kolei „Zapinam płaszcz” niektórzy interpretują jako rozstanie kochanków – ja, pisząc ten utwór, miałem na myśli zerwanie z uzależnieniami. Być może, osoby, które mają problem z jakimkolwiek z nich, będą mogli odczytać w nim swoje życie. Myślę, że odbiorca, w zależności od jego stanu psychicznego, znajdzie sobie odpowiednią interpretację do każdego z tekstów.

Czy emocje, których w Twoich tekstach nie brakuje, zawsze swobodnie przelewałeś na papier? Czy „Kwiatostan” był przekroczeniem kolejnego etapu, który pozwala Ci czynić to z jeszcze większą odwagą?

Prawdę mówiąc, każdy album, a zwłaszcza te, wychodzące spod szyldu Yanisha, mają dla mnie wymiar terapeutyczny.  Jako człowiek również zmierzam się z kwestiami, które trudno rozwiązać. Wchodzę głęboko w emocje, jestem nagi pisząc utwory. „Kwiatostan” jest płytą szalenie osobistą, a zawarte na niej piosenki pozbawione są fikcji. Ja, pokazując swoje wnętrze, dzielę się swoimi problemami, ale tytułowy utwór udowadnia, że relacjonuję również swoje zadowolenie. „Kwiatostan” napisałem pewnego czerwcowego dnia będąc na łące. Zainspirowało mnie wówczas otaczające mnie piękno. Podsumowując, w różnych momentach życia, w wieloraki sposób odbieram rzeczywistość, następnie głęboko przelewając ją na papier. Niektóre teksty powstają błyskawicznie zaś nad innymi głowię się, szukając metafor – często te utwory nie są najlepsze, ale staram się, by również one miały wydźwięk osobisty. Rzeczywiście, piszę z odwagą, bo nie każdy potrafi otworzyć się na siebie, swoje problemy i przyjemności.

Nawiązując do Twojej wypowiedzi, czy uważasz, że uzewnętrznianie się w tekstach, jest dziś wdzięcznym zajęciem artystycznym?

Nie mam pojęcia, ja jednak wolę teksty, które trafiają do mnie i potrafię dostrzec w nich swoje przeżycia. Satysfakcjonuje mnie komunikat, że ktoś przeżywa podobnie. Bardzo cieszy mnie, gdy słyszę interpretację tekstu czynioną przez wokalistę, który robi to od serca, nie wykonując jedynie pracy czysto technicznej. Trudno jest mi stwierdzić, czy w dzisiejszych czasach lepiej jest pisać otwarcie czy raczej nie obdzierać się znacząco z emocji. Niechaj ocenią to słuchacze.

Zatrzymajmy się na chwilę przy singlu „Z Tobą we mgle”. W ubiegłym roku, w sieci pojawił się bardzo romantyczny teledysk, z niezwykle piękną kobietą u Twego boku. Czy decydując się na stworzenie teledysku z archiwalnych, prywatnych filmów tętniących uczuciem, kierowałeś się przekonaniem, że żaden wyreżyserowany klip nie będzie w stanie nakreślić istoty tekstu?

To bardzo celne spostrzeżenie. Rzeczywiście, nie wyobrażałem sobie, aby w teledysku ktoś inny zastąpił moją żonę. To, co zawarliśmy w klipie zmontowanym przez Piotra Skrzypczyka, pozbawione jest gry aktorskiej. Filmy zostały nagrane wcześniej i nie były przeznaczone na ukazanie się ich w przestrzeni wirtualnej. Zresztą, moja żona pojawia się również w innych teledyskach zespołu Half Light, na przykład w „Kameleonie” czy „Bitter Paris”. „Z Tobą we mgle” jest naszym osobistym pamiętnikiem z wakacji, który został opublikowany, a my, dziś zastanawiamy się, jak będziemy go odbierać za dwadzieścia, trzydzieści lat, kiedy sięgając po niego obudzą się w nas wspomnienia.

Co tym utworem chciałbyś przekazać słuchaczowi, który jeszcze nie zaznał tak wyjątkowego uczucia?

Ta piosenka zadziałała również na osoby, które są po rozwodach. Było to dla mnie przykre, bo widziałem ich ból. Przesłaniem może być myśl, że każdy znajdzie swoją miłość. Moja nie jest idealna, bo takich nie ma. Ludzie, którzy przeżywają rozstania, a ich świat się zawalił, muszą mieć nadzieję, że miłość nadejdzie znienacka, bo taki ma zwyczaj. Natomiast osoby, które jeszcze nie zaznały takiego uczucia – wszystko jest przed tymi, którzy pragną miłości i chcą być kochani. „Z Tobą we mgle” jest zatem utworem pełnym nadziei i radości wynikających z tego, że żyjąc w epoce, w której na miłość nie ma zbyt wiele czasu, zdarzają się momenty, kiedy czujemy się ze sobą bardzo dobrze.

Dokąd album „Kwiatostan” według Ciebie może odsyłać słuchacza i co to za miejsce o którym śpiewasz, że „cisza trwa, już nie ma nic, nie boję i jestem poza hałasem”?

Płyta działała na mnie w dwojaki sposób – czas jej nagrywania był dla mnie procesem terapeutycznym. Jadąc do studia nagraniowego Darka Kowszewicza, znajdującego się w urokliwej miejscowości pod Toruniem, zastałem widok hodowanych przez niego prawdziwych, dużych palm i już wtedy doznałem autoterapii, mając świadomość, że znajduję się w  zupełnie innym miejscu na świecie. Już podczas tworzenia człowiek jest w stanie odpłynąć w odrębną rzeczywistość. Po nagraniu płyty, oprócz satysfakcji z tego, że powstała, w mojej głowie kiełkowały się już inne pomysły i cele, więc to nimi się teraz zajmuję. „Kwiatostan” z pewnością mnie wycisza, wpadam w ocean spokoju, a nawet odrealnienia. Cieszę  się, że dzięki muzyce potrafię znaleźć sobie mentalną bezludną wyspę. W motto płyty napisałem, że jest inspirowana ciszą. Intencją płyty było ukojenie od zgiełku wokół nas, od bodźców mocno wbijających się w głowę, a także od telewizji i przeróżnych sytuacji, które nieustannie nas bombardują. Myślę, że słuchacz znajdzie
w „Kwiatostanie” wyciszenie, chociaż, mówiąc żartobliwie, zachęcam do słuchania tej płyty głośno, bo można znaleźć mnóstwo ciekawych smaczków perkusyjnych, aranży stworzonych przez Piotra Skrzypczyka i wiele innych. „Płyty należy słuchać głośno” – pisał Tomek Lipiński na albumie Brygady Kryzys, ale paradoksalnie poprzez głośność „Kwiatostanu” jesteśmy w stanie się wyciszyć.

Powiedziałeś, że w Twojej głowie rodzą się już nowe pomysły. Czy „Kwiatostan” wyznaczył Ci jakiś kierunek?

Intencją Yanisha jest nagrywanie różnych płyt. Trzymanie się jednego kanonu może okazać się dla mnie jako twórcy nierozwojowe. Dotychczas powstało kilka melodii nagranych na dyktafonie, ale czas na tworzenie nowych płyt przyjdzie za kilka miesięcy, kiedy nadejdzie głód tworzenia. Nie mam obaw o to, czy tak się stanie. Jednocześnie nie mam pomysłu na kierunek, którym podążę. Słucham bardzo dużo muzyki i to również ona mnie inspiruje – w ostatnim czasie wszedłem
w kanon muzyki zrodzonej w latach 70-tych czy 80-tych. Chcę, aby ruszyły koncerty – jest to szalenie ważne, bo każda płyta musi być podparta koncertami. Mam nadzieję, że druga połowa roku umożliwi nam spełnianie się na scenie. Póki co, twórczo jestem spełniony po ukazaniu się ostatniego wydawnictwa Half Light i nowej płyty Yanisha.

Na jednej ze stron internetowych przeczytałam, że jesteś porównywany do Grzegorza Ciechowskiego, którego zresztą bardzo cenisz. Jak odbierasz takie porównania? Czy w Twojej twórczości można doszukać się inspiracji jego twórczością?

Od lat młodzieńczych jestem wielkim fanem Grzegorza Ciechowskiego, co zresztą opisane jest w książce „My lunatycy. Rzecz o Republice” napisanej we współpracy z Anią Sztuczką. Porównywanie do Grzegorza jest dla mnie zbyt mocne. Bardzo nieśmiało i niechętnie słyszę takie słowa. One wręcz mnie paraliżują. Oczywiście dziękuję, jeśli ktoś to widzi, ale ja tego nie czuję z tego względu, że Grzegorz jest zupełnie inną planetą, będąc jednocześnie niedoścignionym. Możliwe, że ktoś z zewnątrz widzi podobne metafory, sposób myślenia czy używanie  podobnych sformułowań – na pewno osoby przesiąknięte twórczością Grzegorza nie są w stanie uciec od tego.  Kiedyś nie zdawałem sobie sprawy, że teksty i ich przekaz są tak ważne dla ludzi, którzy w słowach starają się doszukać odpowiedzi na pytanie, co dalej robić ze swoim życiem.

Co kryje się pod tytułem albumu?

Jest to metafora mówiąca o delikatności, o czymś „pięknie-ładnym”, czyli pozytywnie odczuwanym przez człowieka. Kwiaty już z samego założenia są czymś pięknym i kojącym. Złączając je ze stanem, w którym się znajdujemy, otrzymujemy słowo, które opisuje to, że czujemy się dobrze wśród pięknych rzeczy otaczających nas. Również dobroć i miłe przeżywanie emocji są zawarte w tytule płyty.

Okładka płyty jest w pewnym sensie prosta, ale chyba właśnie w tym tkwi cała istota albumu?

Zgadza się, okładka nie jest skomplikowana. Jej wybór był dziełem przypadku. Mój kolega, Jacek Chmielewski, zajmujący się grafiką, znalazł w internecie jedno ze zdjęć pani Grażyny Nowotnej, która bardzo ucieszyła się z naszej propozycji, aby fotografia przedstawiająca łąkę makową znalazła się na okładce płyty. Obraz doskonale definiuje zawartość muzyczną i tekstową płyty – myślę, że daje to pozytywne uczucia i emocje

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Iwona Smyrak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *