Recenzja: Płyty Foo Fighters – Medicine at Midnight

Przeszło trzy lata musieliśmy czekać na dawkę nowej muzyki od Foo Fighters. Po wydaniu w 2017 roku albumu Concrete and Gold, który uchwycił pełen świeżych pomysłów i otwarty na muzyczne eksperymenty zespół w świetnej formie, Foos postanowili zrobić sobie dłuższą przerwę od grania muzyki. Jednak znając ich pasję do rock and rolla, nie mogło to trwać długo, a na dodatek w 2020 roku zbliżała się 25 rocznica pierwszej trasy Foo Fighters z prawdziwego zdarzenia. Świętowanie miało być huczne i pełne energii, takiej do jakiej przyzwyczaiła nas ekipa Dave’a Grohla. Zespół nakręcony pozytywną energią rozpoczął wkrótce pracę na kolejną płytą, która miała być uchwyceniem tych nastrojów. Wtedy nikt nie mógł jeszcze przypuszczać jak drastycznie te piękne plany zostaną zweryfikowane…

Globalna pandemia, która opóźniła o rok wydanie dziesiątej w karierze płyty Foo Fighters, a także odłożyła, w ciągle nieznanym czasie jego promocję na scenach całego świata, jest symbolicznym przeciwległym biegunem dla klimatu, który bije z Medicine at Midnight. Bo w bardzo trudnych czasach dostajemy krążek tętniący optymizmem i dobrą energią. Już od samego początku album zaskakuje niezwykle pozytywnym klimatem, jakiego próżno szukać na innych płytach Foo Fighters, które przecież też zawsze przepełnione były radością i rockową energią. Jednak tutaj od razu lądujemy w samym środku rozśpiewanej gitarowej imprezy ekipy Dave’a Grohla. Making a Fire, utwór otwierający płytę to pogodny rocker, który wprowadza nas w świat nowego oblicza zespołu. Niby wszystko dobrze znamy, mamy solidną rockową podstawę, ale tak pogodnego, prostego i wesołego grania w wydaniu Foo Fighters jeszcze nie słyszeliśmy. Podobnie jest z kolejnym kawałkiem, singlowym Shame Shame, prawdopodobnie najbardziej zaskakującym w karierze Foo Fighters, gdzie prym wiodą funkowy rytm i gęsty groove, który na taką skalę jest prawdziwą stylistyczną woltą w wydaniu zespołu. Największym pozytywnym zaskoczeniem, chyba całej płyty jest pomysłowy utwór tytułowy, gdzie spotykają się dwa oblicza Foo Fighters – nowe, rytmiczne i poprockowe granie oraz ekspresja i muzyczne rozwiązania na najwyższym poziomie, z jakich zasłynął zespół. Niezwykle odświeżające i pełne przestrzeni brzmienie, a także kojące solo, gdzieś z pogranicza stylu Red Hot Chili Peppers, wynosi ten utwór do roli faworyta dziesiątego albumu, a także dokonań Foos w ostatnich latach. A dalej też nie jest gorzej. Rozpoczynające się łagodnie i narastające ku mocniejszemu gitarowemu finałowi Waiting on a War, Dave Grohl napisał dla swojej najmłodszej córki, która zapytała go kiedyś, czy czeka nas wojna. Tak powstał najbardziej refleksyjny i nostalgiczny utwór na płycie, który nie tylko niesie pokrzepiające pokojowe przesłanie, ale jest także powrotem wokalisty do czasów dzieciństwa.

Najmniej zaskakują najbardziej proste i tradycyjne rockowe wymiatacze – Cloudspotter i Holding Poison, które gryzą się trochę z nowym, poprockowym klimatem płyty, jednak z pewnością ucieszą fanów dawnego brzmienia Foo Fighters. Z kolei No Son of Mine to najmocniejszy pod względem brzmienia moment na płycie, w stylu Motörhead czy Metalliki, najbliższy porządnemu gitarowemu uderzeniu, z jakiego zasłynęli Foos. Utwór jest ciekawą odskocznią od lekkiego brzmienia jakie dominuje na całej płycie i paradoksalnie, choć jest najbardziej hardrockowy, jest oddechem przed finałem albumu.

Nim wybrzmią ostatnie nuty nowej płyty, Dave Grohl niczym Paul McCartney – jeden z największych idoli lidera Foo Fighters, urzeka łagodną melodią i brzmieniem gitary akustycznej w delikatnym i beatlesowskim Chasing Birds. Ale ta urokliwa ballada to tylko krótki przerywnik przed odpaleniem ostatniego z wielkich muzycznych dział. Album kończy przebojowy do granic możliwości, skoczny i pełen ekspresji, rozpędzony Loves Dies Young, który wręcz prosi się o wykonanie go na stadionie pełnym tysiąca fanów. Nim to się stanie i będziemy mogli na żywo wyśpiewać wraz z Foo Fighters przeboje z nowej płyty, dostajemy wydawnictwo pełne nadziei, optymizmu i z niezwykle ważnym przesłaniem, które zdaje się płynąć z każdej z kompozycji – wszystko będzie dobrze, a muzyka rockowa jaką znaliśmy wróci już niedługo. Do tego czasu możemy odkrywać nowe oblicze zespołu, które choć odświeżone, nie traci nic z dawnej werwy.

Foo Fighters są niezwykle dojrzałym zespołem – nie wstydzą się swoich korzeni i czerpania z największych inspiracji, które ich ukształtowały. Przez ponad 25 lat budowali swoją legendę wśród najlepszych gitarowych zespołów ostatnich lat, która będzie tętnić w sercach milionów fanów jeszcze przez długi czas. I właśnie dzięki swojemu statusowi na rockowej scenie mogą pozwolić sobie na wrzucenie lżejszego biegu i szczerą zabawę muzyką. Bo czyż nie to stanowi właśnie o muzycznej dojrzałości? Foo Fighters, znani z energicznego, gitarowego grania krążą na tej płycie między wieloma inspiracjami – słychać tutaj miłość do Kiss, Prince’a, czy Davida Bowiego, ale właśnie to czyni z niej tak ciekawy eksperyment, bo choć odstaje od poprzednich wydawnictw w dyskografii zespołu, to jest też uchwyceniem Foos w świetnej formie i potwierdzeniem faktu, że mimo upływu lat nie brakuje im pomysłów i chęci by wciąż odkrywać siebie na nowo.

Dziesiąta płyta w karierze Foo Fighters – Medicine at Midnight zaskakuje, ale nie zachwyca. Nie wszystkie eksperymenty z brzmieniem można uznać za udane, kilku momentom albumu brakuje blasku, od którego skrzą się inne, bardziej udane utwory, ale nie sposób nie dać się porwać zaraźliwej (w tym dobrym sensie) pasji i miłości do muzyki ekipy Dave’a Grohla. Bo jeśli nie teraz, to kiedy takie granie jest nam wszystkim najbardziej potrzebne?

Recenzja : Kuba Banaszewski

Znalezione obrazy dla zapytania: Foo Fighters – Medicine at Midnight

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *