Wywiad z Ptakovą

Ptakova: Im więcej współpracujemy z innymi ludźmi, tym lepiej dla nas

6 listopada 2020 roku ukazał się jej debiutancki album „Suma wszystkich dźwięków” – podyktowany dojrzałości, naturalności  i oswojeniu się z przeszłością. Dając sobie czas i ufając własnej intuicji, wreszcie odnalazła siebie, by dziś podzielić się ze słuchaczami refleksjami płynącymi z wydarzeń ostatnich lat. Składa się na to trzynaście utworów, a każdy z nich to inna, wyjątkowa historia pełna emocji.

Mówi, że płyta jest jej pamiętnikiem. Po przesłuchaniu albumu i rozmowie z nią, nie mam wątpliwości, że do owego pamiętnika może zajrzeć każdy, by odnaleźć w nim cząstkę nie tylko samej artystki, ale i siebie. „Suma wszystkich dźwięków”, czyli oczyszczenie, które jest możliwe wyłącznie dzięki rozmowie z samym sobą i uwolnieniu własnych emocji. „Tworząc płytę, pragnęłam pokazać siebie z jak najbardziej naturalnej strony” – mówi Ptakova.

O dojrzałości, wspaniałych ludziach na drodze artystki, potrzebie wsparcia i dzielenia się emocjami – Iwona Smyrak w rozmowie Ptakovą.

Mam ogromną przyjemność porozmawiać z Tobą o debiutanckiej płycie, której premiera odbyła się 6 listopada ubiegłego roku. Słuchacze jednak długo musieli na nią czekać. Co spowodowało, że poczułaś się gotowa na wydanie „Sumy wszystkich dźwięków” – dojrzałość, wystarczające doświadczenie czy nadejście inspiracji bądź koncepcji?

Myślę, że wszystko po trochu miało w tym swój udział.
Musiałam dojrzeć, dlatego cieszę się, że stało się to właśnie teraz, kiedy poczułam, że jestem na to gotowa. Nieustannie zbierałam inspiracje, szukając swojego muzycznego miejsca. Poszukiwałam również osoby, z którą będę mogła zrealizować swoje plany. Przede wszystkim musiałam jednak odnaleźć siebie i przekonać się, który kierunek obrać.

 

Zdecydowałaś się na wydanie płyty w wieku niespełna trzydziestu lat, choć artystycznie angażujesz się nie od dziś – czy kiedykolwiek czułaś presję, aby działać teraz, bo za parę lat będzie za późno?

Oczywiście, że tak. Mając na uwadze czasy, w których karierę zaczyna się w wieku nawet dwunastu lat, ja, wydając płytę przed trzydziestką, jestem już trochę babcią, chociaż absolutnie nie czuję się z tym źle. (śmiech) Sama sobie wkładam na barki presję myślami, że „jak nie teraz, to kiedy?”. Ze strony słuchaczy i otoczenia również pojawiały się pytania dotyczące płyty, zatem wszystkie te czynniki wreszcie przyczyniły się do zmotywowania mnie do podjęcia pracy nad albumem.

 

Producentem muzycznym albumu jest Marek Dziedzic. Uważasz, że nadajecie na tych samych muzycznych falach. W jakich okolicznościach przekonałaś się o tym?

Przekonałam się o tym już przy pierwszym utworze, jaki zrobiliśmy. „Kastaniety” są dla mnie jednym z najważniejszych utworów na płycie. Szukałam człowieka, który pomoże mi ułożyć wszystkie pomysły i koncepcje w całość. Jednocześnie potrzebowałam osoby barwnej nie tylko w swojej twórczości, ale i w charakterze. Chemia pomiędzy producentem, a wokalistą musi zaistnieć, żeby cokolwiek powstało. Tuż po powstaniu „Kastanietów”, a trwało to zaledwie kilka dni, przekonałam się, że Marek Dziedzic jest odpowiednią osobą – taką, z którą chcę działać dalej.

 

Jesteś młodą artystką, ale zdążyłaś zadomowić się na scenie muzycznej i poznać jej wiele smaków. Co po drodze porzuciłaś, a co zabrałaś ze sobą?

Zostało ze mną spore doświadczenie, jeśli chodzi o poznanie branży od strony technicznej. Wcześniej pracowałam bez wytwórni, biorąc odpowiedzialność za kwestie marketingowe, social media czy organizowanie tras koncertowych. Ponadto, w roku 2014 wraz z Maciejem Sawochem i Bartoszem Eberterm wydaliśmy EP-kę („K.A.”  — przyp. red.), dopiero w roku 2017 podpisując kontrakt z Sony (Music Entertainment Poland —  przyp. red.). Jest to zupełnie inna bajka, aniżeli współpraca z wytwórnią, która pomaga w organizacji wielu rzeczy.

 

Masz za sobą kooperację z ludźmi ze sceny hip-hopowej, między innymi z Miuoshem. Jak połączyły się Wasze drogi?

Poznaliśmy się, kiedy współtworzyłam elektroniczny duet SOXO z Maciejem Sawochem. Dużo wtedy graliśmy – pojawiliśmy się na Open’erze, Fuchsbau Festival w Niemczech i wielu innych fajnych miejscach. Miuosha poznałam na jednym z konkursów, którego był jurorem. Po naszym występie zamieniliśmy kilka słów, a jakiś czas póżniej zaproponował mi towarzyszenie mu na koncertach. Następnie pracowaliśmy wspólnie nad jego płytą „Pop” , na której znaleźliśmy się z Maćkiem jako duet SOXO w dwóch utworach. Później współpraca przełożyła się na stworzenie utworu „Ratunku” do mojego repertuaru, na którym Miuosh pojawił się gościnnie.

 

Zarówno Ty jak i Miuosh czy Kuba Karaś, który wyprodukował dla Ciebie utwór „Bez nas”, jesteście ze Śląska. Czy artyści pochodzący z tego regionu mają podobną, na swój sposób wyjątkową energię?

Mówi się, że Ślązacy są bardzo sympatyczni i otwarci na innych, na nowe rzeczy i faktycznie coś w tym jest – również pod względem artystycznym.

 

„Suma wszystkich dźwięków” – co rozumieć przez tytuł albumu? Czy pod owymi dźwiękami kryją się głośne, dobijające się zewsząd myśli, emocje i historie ubrane w utwory – mocno wbijające się w głowę?

Bardzo ładnie powiedziane, podoba mi się, że rozumiesz przez to głośne wyrażenie moich myśli. Zdecydowanie tak, „Suma wszystkich dźwięków” jest zbiorem moich doświadczeń na przełomie kilku ostatnich lat – zarówno dobrych jak i złych. Relacje międzyludzkie, opowieści o miłości – również do natury, wydarzeniach w naszym kraju i na świecie – wszystko to zamknęłam w pamiętniku, którym jest płyta. Tworząc ją, pragnęłam pokazać siebie z jak najbardziej naturalnej strony.

 

Czy przeobrażenie historii w utwory muzyczne pozwoliło Ci na to, aby niektóre z nich w sobie oswoić lub nabrać do nich dystansu?

Na pewno tak. Często historie zawarte w moich tekstach ukryte są w przeróżnych metaforach i przenośniach, aby słuchacz nie do końca wiedział, co dokładnie się rozegrało. Jednak „Panna Cotta” jest jednym ze szczerych i prostych utworów czy „Corazon”, który opowiada o relacjach międzyludzkich. „Wiór”  natomiast jest mi bardzo bliski w kontekście emocji i przeżywania, bo zahacza o kwestie stanów depresyjnych i nadwrażliwości. Kiedy teraz o tym mówię, mając na uwadze to, o czym wspomniałaś, to rzeczywiście tak jest. Może pisanie tekstów, tworzenie utworów jest terapią, umożliwiającą pogodzenie się z pewnymi rzeczami i zrozumienie, że zaistniały w jakimś celu? Ciekawe, bo nigdy nie zastanawiałam się nad tym z tej perspektywy.

 

Podkreślasz, że album jest Twoim oczyszczeniem. Czy wraz z wyrzuceniem z siebie emocji i podzieleniem się swoimi przeżyciami – wlały się w Ciebie emocje, pytania bądź myśli, które do tej pory były dla Ciebie obce? Jaką nową część siebie w nich odnajdujesz?

Jest to trudne pytanie, bo nigdy nie starałam się nikogo udawać, a jednak mój wizerunek mocno zmieniał się na przestrzeni wielu lat, co zresztą odbiorcy mogli dostrzec. Ja, jako Ptakova, mogłam być bardzo różna i problematyczna pod względem umieszczenia mnie w jakiejś szufladce muzycznej czy wizerunkowej. Wreszcie – świadomie lub nie – usiłowałam pokazać, że jestem spójna, naturalna i prawdziwa – bez rozjeżdżania się w różne strony. Chcąca przekazać jakieś historie i emocje, które mają dla mnie istotne znaczenie. Dzięki „Sumie wszystkich dźwięków” udowodniłam sobie samej, że mogę wiele rzeczy zrobić bez niczyjej pomocy i być jednocześnie sobą.

 

 

Teksty stworzyłaś pod czujnym okiem Jacka Szymkiewicza czyli Budynia z Pogodno. Przyznajesz, że jego umiejętności nie raz posłużyły Ci jako dobry drogowskaz do trafnej transkrypcji rzeczywistości. Jakie wskazówki przyswoiłaś?

Uwielbiam Jacka – jest wspaniałym, bardzo kolorowym człowiekiem. Cieszę się, że na niego trafiłam. Zresztą, kiedy chodziłam do gimnazjum i liceum, byłam jego fanką, dlatego tym bardziej nasza współpraca była dla mnie szalenie wartościowa. Myślę, że nasze spotkania mogę nazwać warsztatami. Przyszłam z paczką wszystkich swoich tekstów do większości utworów i poprosiłam Jacka, aby wydobył z nich jakąś esencję, wartość – czyli tego, czego wcześniej brakowało. Zależało mi na tym, aby pomógł mi zrozumieć sam proces tworzenia. Razem rozkładaliśmy na czynniki pierwsze jeden wers i zastanawialiśmy się, do kogo tak naprawdę kieruję te słowa – czy są w zgodzie ze mną. Jest to bardzo ciekawy proces, a Jacek ciągle dokręcał śrubę i proponował wdrożenie coraz to ciekawszych słów. Doskonałym przykładem jest utwór „Siksa i dama” – siksę zaproponował Jacek, co znakomicie oddaje charakter utworu. Jedno słowo natychmiast dodało mu wyrazistości. Są to pewnego rodzaju zabiegi, którymi Jacek mnie obdarował, i które bardzo cenię.

 

Wśród osób, które przyczyniły się do powstania płyty, jest Kasia Lins – autorka tekstu do utworu „Bez nas”. Jaką wartość w obecnych czasach ma trzymanie się razem zdolnych, młodych artystek? Czy da się funkcjonować bez poczucia istnienia konkurencji?

Myślę, że pandemia uświadomiła wielu z nas, że trzymanie się razem jest bardzo ważną wartością – pod kątem artystycznym również. Można zaobserwować, co dzieje się na polskiej scenie muzycznej i jak wielu artystów łączy się ze sobą, tworząc razem świetne rzeczy. Jako przykład przytoczę Natalię Przybysz z Hanią Rani czy duet Karaś / Rogucki. Jestem jak najbardziej za i staram się nie traktować innych artystów jako konkurencję, chociaż myślę, że jest to nieuniknione pod wieloma względami. Jako ludzie mamy zakorzenioną w sobie tendencję do porównywania się do innych, na co trzeba uważać, bo ma to znaczący wpływ na nasz stan psychiczny. Z Kasią było o tyle ciekawie, że „Bez nas” był pierwszym tekstem, w całości napisanym dla mnie. Zupełnie nie ingerowałam w jego kształt, dlatego był to dla mnie interesujący eksperyment pod względem pokory. (śmiech) Moim zadaniem było emocjonalne wcielenie się w jej słowa, ale co ciekawe, Kasia idealnie wstrzeliła się w moje życiowe spostrzeżenia. Uważam zatem, że im więcej współpracujemy z innymi ludźmi, tym lepiej dla nas.

 

„Labirynty” to jeden z singli promujących Twoje wydawnictwo. Skąd pomysł na tak nieoczywisty teledysk, w którym występuje dwoje fantastycznych, starszych ludzi?

Pomysł padł gdzieś pomiędzy wierszami podczas pracy z Markiem Kitą i Klaudią Keską. Jest to nawiązanie do wzruszającej historii mojej babci, która dwa lata temu poznała miłość swojego życia. W tej chwili mieszkają razem i są szczęśliwą parą, choć społeczne przekonanie na temat możliwości znalezienia szczęścia w miłości w tym wieku jest nieco inne. Jest to bardzo inspirująca historia, którą poniekąd przenieśliśmy na teledysk. Tam, co prawda, są pewne zawirowania i  labirynty emocjonalne, które pozwalają dotrzeć do siebie, co z kolei nie jest łatwe, mając ponad siedemdziesiąt lat, a na barkach wiele przyzwyczajeń i doświadczeń, które sukcesywnie były gromadzone w poprzednich związkach czy w codzienności. Współpracę z aktorami, czyli Piotrem i Niną wspominam bardzo miło!

 

Jakie były ich pierwsze wrażenia i tuż po zakończeniu pracy nad teledyskiem?

Myślę, że pozytywne, choć nie obyło się bez kontrowersji na planie. (śmiech) Trzeba było ich zbliżyć do siebie i sprawić, aby na ich twarzach malowały się odpowiednie emocje w tak krótkim czasie. Szczerze podziwiam, że udało im się wejść w rolę tak szybko!

 

Prywatnie nie ukrywasz silnej więzi z naturą. Na okładce albumu, wydanego w ekologicznym opakowaniu, również można ją dostrzec. Nazwiesz to pewnego rodzaju apelem skierowanym do słuchaczy i artystów czy podkreśleniem swojego stylu życia?

I jedno i drugie. Jestem mocno związana z naturą i z wielką chęcią przeniosłabym się do domku w górach. (śmiech) Również na okładce wyraża się moja naturalność i bycie sobą. To, co jest na okładce, jest też w życiu. Na co dzień otaczam się wieloma roślinami, staram się żyć jak najbardziej ekologicznie, przy tym żyjąc w zgodzie ze sobą i nie tłamsząc się ekoterroryzmem, o którym swoją drogą też się sporo mówi. Jednocześnie, chciałam zrobić coś dla planety, stąd pomysł na ekologiczne wydanie tej płyty. Myślę, że nie ma sensu przekonywać innych artystów co do sposobu wydawania płyt – ważne, aby każdy czynił w zgodzie ze sobą.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *