Recenzja Płyty Alice Cooper – Detroit Stories

Trzy lata od wydania poprzedniej płyty „Paranormal”, mistrz shock-rocka Alice Cooper powraca z kolejnym, dwudziestym ósmym albumem w karierze – „Detroit Stories”. Po ponad pół wieku na scenie Cooper wciąż trzyma się mocno i nie traci formy. Zresztą najnowsza płyta Alice Coopera jest właśnie powrotem do grania w najbardziej znanym i kultowym składzie zespołu mistrza rockowego teatru grozy, który towarzyszył mu w szczytowym okresie kariery. Michael Bruce na gitarze, Dennis Dunaway na basie i Neal Smith powracają w kilku kompozycjach na płycie, a także odpowiadają za część materiału. „Detroit Stories” to także owoc kolejnej współpracy Coopera z producentem Bobem Ezrinem, który odpowiada za jego najbardziej kultowe dzieła z lat 70, takie jak: „School’s Out”, czy „Welcome to My Nightmare”, a także ostatnie dokonania artysty, w tym poprzedni album: „Paranormal” z 2017 roku. Płyta jest jednocześnie albumem koncepcyjnym, stanowiącym hołd dla tytułowego Detroit, które w latach 70. było kolebką brudnego, rockowego grania. Sprawdzony muzyczny team zagwarantował rockandrollową jazdę w starym, dobrym stylu.

Płyta zaczyna się mocnym akcentem i hołdem dla innej legendy rocka – Lou Reeda i jego zespołu The Velvet Underground. Nietypowy początek albumu, jednak utwór „Rock and Roll” idealnie wprowadza nas w historię miasta, któremu Cooper poświęcił „Detroit Stories”. Trzeba też przyznać, że Alice świetnie oddał dziarskość oryginału z 1970 roku, a cover wraz z odświeżoną produkcją wpisał się w jego barwny styl. Dalej, historia nie zwalnia tempa, a wręcz nabiera dopiero rozpędu z drugim utworem na płycie, energetycznym rockerem „Go Man Go”. Świetnie nastraja radosny  „Our Love Will Change the World” z pokojowym przesłaniem, nośnym refrenem i melodyjnym solo na gitarze Tommy’ego Henriksena, co tworzy razem niezastąpiony klimat muzyki Coopera, jaki dobrze znamy od tak wielu lat. „Social Debris” to powrót do konkretnego, rockowego przyłożenia, z kolei „$1000 High Hell Shoes” przenosi nas do lat 70. i klimatu epoki glam rocka, przywołując najlepsze dokonania Coopera z tamtych czasów. „Hail Mary” zabiera nas za to w prawdziwą gitarową przejażdżkę, udowadniając, że mimo tylu lat na scenie, zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Centralnym punktem płyty, a także całej historii jest pełen pasji i wigoru „Detroit City 2021”, w którym Alice Cooper spogląda wstecz i składa hołd miastu, z którego wyrosła jego dojrzała muzyka. W tekście wspomina Davida Bowiego, Iggy’ego Popa, czy Suzi Quatro i wraca do czasów pełnych młodzieńczej energii i niezapomnianych szaleństw na koncertach. Trzeba przyznać, że wokalista, który w lutym tego roku skończył 73 lata jest w znakomitej formie i dorównuje najlepszym latom swojej kariery, którym kłania się w tym utworze.

„Drunk and Love” wprowadza powolny, gęsty, bluesowy klimat, który zapewnia jeden z wielu gości, którzy pojawiają się na tej płycie – wybitny gitarzysta Joe Bonamassa, wycinający solówki z niezwykłą łatwością i gracją. „Independence Dave” zdaje się być szybkim, zwariowanym przerywnikiem, który zabiera nas na rockową karuzelę rozmaitości Alice Coopera. „I Hate You”  jest szczerą i prześmiewczą spowiedzią kolegów z pierwszego składu zespołu Coopera, którzy udzielają się tu również wokalnie. Gorzki i skradający się „Wonderful World” przywołuje najbardziej mroczne i posępne utwory Coopera z przeszłości. Po nim pojawia się kolejny cover na płycie, tym razem „Sister Anne” zespołu MC5, który również zasłynął na scenach opiewanego na albumie Detroit. Kolejny ukłon w stronę przeszłości, jednak tym razem, mimo iż wersja Coopera jest wierna oryginałowi, zdaje się być zwyczajnym, nic nie wnoszącym do historii zapychaczem. Na szczęście chwilową wpadkę wynagradzają utwory zamykające album. Budujący „Hanging on by a Thread (Don’t Give Up), który w mocnym, kroczącym stylu, z mówionymi wstawkami Coopera, wysyła ważne przesłanie, skierowane do świata w obliczu trudnej,  pandemicznej sytuacji, która dotyka nas wszystkich. To podniosły rockowy hymn, który nie uderza jednak w ckliwe tony, ale zaskakuje ważną końcówką, w której Alice Cooper wzywa słuchaczy, aby się nie poddawali, a także podaje prawdziwy numer do internetowego telefonu wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym. Nietypowy, jak na płytę rockową, ale ważny apel.

Alice Cooper spełnia swój obowiązek nie tylko wobec potrzebujących pomocy, ale także tych pragnących usłyszeć jeszcze od legendy rocka mocnego uderzenia w starym, dobrym stylu. „Shut up and Rock” spełnia bezpośrednią obietnicę zawartą w tytule i zabiera nas w jeszcze jedną gitarową jazdę, którą napędza perkusja kolejnego gościa specjalnego płyty – Larry’ego Mullena Jr z U2.

Płyta rozpoczęła się coverem The Velvet Underground, i tak jak na porządny koncepcyjny album przystało, „Detroit Stories” spina klamrą kolejny cover, tym razem utwór pochodzącego – a jakże – z Detroit, Boba Segera – „East Side Story” z 1966 roku. Zaskakujący wybór, bo choć utrzymany w podobnym klimacie jak reszta krążka, trwa niecałe trzy minuty i kończy się, nim zaczniemy spodziewać się kulminacyjnego momentu. Płyta spokojnie mogłaby się skończyć o ten jeden numer wcześniej.

„Detroit Stories” to wciągająca muzyczna historia, w której Alice Cooper zaprasza nas do rockowego świata dźwięków, które go ukształtowały. Ta wyjątkowa podróż w czasie udowadnia również w jak świetnej formie jest artysta i jego zespół, którzy z łatwością i klasą wycinają pełne rockowej siły utwory, jakich nie powstydziliby się oni sami na początku muzycznej kariery. Cooper może niepotrzebnie zbyt często sięga na tej płycie po cudze kompozycje, bo nowy, autorski materiał jest niezwykle równy i godny legendy muzyka. Album pozostaje jednak nie tylko znamienitym hołdem złożonym rockowym legendom związanym z tak ważnym dla muzyki miastem, ale też dowodem na nieśmiertelność rock and rolla i twórczości Alice Coopera, który odświeża sprawdzoną od lat formułę w znakomitym stylu.

Recenzja : Kuba Banaszewski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *