Recenzja Płyty Kings of Leon – When You See Yourself

Pięć lat kazali czekać swoim fanom, wypatrującym ich najnowszego materiału. Kings of Leon wracają w końcu, by wraz z ósmym albumem w karierze – „When You See Yourself” potwierdzić, że nie powiedzieli jeszcze muzycznie ostatniego słowa. Po wydanym w 2016 roku albumie „Walls”, Kingsi wracają do swych korzeni, by spróbować zdefiniować na nowo swoją karierę i, zgodnie z tytułem, zobaczyć siebie w nowym świetle. Spotkanie dwóch światów, które oddziela ponad 20 lat muzyki, zaowocowało niezwykłą płytą, która uchwyciła Kings of Leon w najlepszej formie od wielu lat.

Album intryguje już od samego początku, bo pierwszy na płycie utwór „When You See Yourself, Are You Far Away” rozpoczyna się skradającym instrumentalnym wstępem, który na tle zaskakującego klawiszowego motywu, prowadzi nas do znaku rozpoznawczego grupy – wyjątkowego głosu Caleba Followilla, dobijającego się gdzieś z daleka. Prym wiodą tu jednak instrumentaliści: Jared, Matthew i Nathan Followillowie, którzy tworząc piękne muzyczne tło wprowadzają nas w klimat płyty. Nastrojowy wstęp przerywa nagle wyrazisty gitarowy riff, który zwiastuje odpalenie pierwszego z energetycznych dział, jakie mają w zanadrzu Kings of Leon. Singlowy The Bandit niesie przebojowa melodia, pełen charyzmy wokal i tnące gitary – znaki rozpoznawcze formacji. Podobnie jak kolejny utwór, również singiel – chwytliwy „100.000 People”, w innej rzeczywistości z pewnością stałyby się koncertowymi pewniakami. Nie bez powody utwory wybrano na promocję płyty. Nie są one jednak najlepszymi zwiastunami całości krążka, bo choć nie sposób odmówić kolejnym kompozycjom nośnego potencjału, utrzymane są w bardziej stonowanym brzmieniu. I nie jest to wada, bo im dalej na płycie, tym Kingsi zaskakują coraz bardziej.

„Stormy Weather” to Kings of Leon w pigułce. Nietypowy rytm i podniosła melodia spotykają się z wyrazistymi gitarami i dziarskim głosem Caleba Followilla. Z kolei „A Wave” urzeka prostotą i wygrywa skromnymi środkami, które w poruszający sposób, od razu trafiają tam gdzie trzeba. Prawdziwa magia dzieje się jednak w samym centrum płyty. „Golden Restless Age” i „Time in Disguise” to zdecydowani faworyci na miano najlepszych fragmentów płyty. Pierwszy, natchniony i z radiowym potencjałem, podnosi na duchu i napełnia nadzieją. Z kolei drugi porusza już od pierwszych chwil i wraz z pięknym muzycznym rozwinięciem zostaje na długo w pamięci. Niby nic nowego, to brzmienie Kings of Leon jakie znamy od lat, jednak przepełnione jest świeżą energią i pasją, jakiej Kingsi nie mieli od paru lat. Kolejne pewniaki w koncertowym zestawie na tak upragniony powrót muzyki na żywo. Obecną sytuację w nietypowy sposób podsumowuje „Supermarket”, który pod tytułem „Going Nowhere” znaliśmy już od roku, kiedy to zespół wypuścił pierwszą zapowiedź planowanego albumu. Niesamowite, bo utwór powstał już wiele lat temu i krążył wokół muzyków przez prawie dekadę, nim trafił w końcu na płytę. Znamienne, że znalazł swoje ujście w takim momencie historii. Od zapowiedzi sprzed rok, studyjną wersję odróżnia bardziej rozbudowana warstwa instrumentalna, niosąca budujące przesłanie. Kings of Leon nie odpuszczają delikatnych klimatów i na kolejnej balladzie, przepięknej i urokliwej „Claire & Eddie” zabierają nas w podróż po rodzinnych stepach Ameryki. Bez wątpienia, w tym utworze są najbliżej tradycji amerykańskiej muzyki, z której wyrośli bracia Followill.

Nim album zakończy się delikatnym i kojącym „Fairytale”, czeka nas jeszcze jedna rockowa przejażdżka w duchu muzyki, do jakiej najbardziej przyzwyczaili nas Kings of Leon. Trzeci singiel z płyty „Echoing” wyróżniają przesterowane gitary i rozpędzony rytm, który wraz z łagodnym zakończeniem albumu przedstawią nam pełen obraz niezwykle różnorodnej muzyki Kings of Leon.

Ósma płyta Kings of Leon „When You See Yourself” jest najbardziej spójnym i przemyślanym studyjnym dziełem zespołu co najmniej od dekady. Album niesie zwarty i konsekwentnie rozwijany, wraz z kolejnymi muzycznymi opowieściami klimat.  Brak jest na nim zbędnych zapychaczy, które w ostatnich latach przewijały się przez płyty Kings of Leon, wybijając z rytmu jako całości. Krążek jest świadomym powrotem do korzeni, w którym zespół odnajduje nową muzyczną siłę, niosącą ten album. Zespół ujmuje tymi najbardziej subtelnymi fragmentami, w których muzycy mogą skupić się na grze i zespołowej sile, która w ciąż w nich drzemie. To dowód prawdziwej muzycznej szczerości i niesłabnącej, mimo upływu lat pasji. Subtelna przebojowość bez zadęcia dodaje tylko płycie kolorytu i sprawia, że chce się do niej wracać. Jak śpiewa w jednym z utworów Caleb Followill: „a story so old but still so original…”.

Idealna nastrojowa muzyka na te wyciszone czasy. Oby koncerty wróciły jak najszybciej, bo Kingsi wciąż mają nam wiele dobrego do wyśpiewania.

Recenzja : Kuba Banaszewski

Płyta pod Patronatem Strefy Music Art.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *