Recenzja Płyty Król – Dziękuję

„Ej, Tygrysy! Co? Dziękuję!”. Tymi jakże uroczymi i wdzięcznymi słowami Błażej Król rozpoczyna swój najnowszy album, którego tytuł mówi sam za siebie. „Dziękuję (bardzo)” to niezwykle barwna muzyczna laurka, złożona fanom jako najlepszy prezent za cierpliwe oczekiwanie na kolejny krążek artysty. Szósty album króla wychodzi bowiem po dłuższej niż zwykle, dwuletniej przerwie, w czasie której nie próżnował. Warto było czekać na jego najnowszy album, ponieważ król wywiązał się z zadania z nawiązką, serwując fanom najdłuższy krążek w karierze, na którym prezentuje swoje najlepsze muzyczne sztuczki w najwyższej formie, jednocześnie jak zawsze zaskakując tajemniczością i jedynym w swoim rodzaju klimatem  swojej muzyki.

Podobnie jak tytuł całej płyty, również tytuły poszczególnych utworów zdradzają co nieco z tej dziwnej, jak to u króla, ale też niezwykle barwnej muzycznej układanki. „ZBYT DOBRZE CI IDZIE”, roztańczony, bujający początek płyty jest dobrym podsumowaniem miejsca, w jakim znajduje się obecnie Błażej Król. Na swojej najdłuższej płycie w karierze możemy odnieść wrażenie, że artysta z każdym kolejnym utworem sam sobie stawia wyzwanie prześcignięcia poprzedniej kompozycji. Początek albumu mknie jak na złamanie karku, a najbardziej kolorowe melodie, jakie tylko możemy sobie wyobrazić skrzą się od najjaśniejszych barw. I nie brakuje też tak charakterystycznych dla króla stałych elementów jego muzyki. Mimo całej, niezwykle szerokiej palety barw, jaka przepełnia krążek „Dziękuję (bardzo)”, jego szósta płyta aż tętni od kotłujących się skrajnych emocji. Mamy tu bowiem utwory wręcz neurotyczne („DRGAWKI I SKRĘTY”) i przepełnione niepokojem („ZŁA STRONA”), zanurzone w głębokiej dawce melancholii („NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN”) i skrajności uczuć („MYWYONI”).  Jednocześnie jest to płyta, na której chyba najmocniej ze wszystkich z dyskografii króla, utwory są tak blisko światła i przepełnione nadzieją. Są momenty, kiedy wydawać się może, że król odkrył jakiś tajemny sposób na pisanie najbardziej pokrętnych, a jednocześnie przebojowych melodii i refrenów. Tak jest w singlowym „TAK JAK TY”, w którym wygwizdany rytm wybrzmiewa w głowie jeszcze długo po zakończeniu płyty. Jednak król cały czas pozostaje sobą, bo za chwytliwymi i nośnymi melodiami cały czas stoją nerwowe teksty i jedyne w swoim rodzaju studyjne sztuczki, tak charakterystyczne dla szalonego świata jego muzyki.   Nie sposób wymienić tu faworytów wśród najlepszych utworów, ponieważ „Dziękuję (bardzo)” jest niezwykle zwartą i równą płytą. Jednak są też kompozycje, które błyszczą najmocniej. Tak jak, rozbudowane „PRZYTULĘ PULSUJĄCĄ TWARZ/zasłużyłem”, które w ciągu zaledwie 3,5 minuty zawiera tak wiele twarzy i oblicz muzyki króla, że wypada mu tylko oddać królewski pokłon. Podobnie pozytywnie zaskakuje i chwyta od pierwszych sekund zatopione w synthpopowej nostalgii „TERAZ MOŻEMY JUŻ” i „NIE ZROBIĘ NIC”, które przywołują popularny ostatnio motyw powrotu do brzmień lat 80. wśród artystów współczesnej alternatywy.

W tym miejscu trzeba też wspomnieć o niezwykle ważnej muzycznej osobowości Iwony Król, żony Błażeja, która podobnie jak na wszystkich poprzednich płytach artysty pozostawia istotne i niezwykle oryginalne piętno. Jej wokal, twórcze pomysły i sama obecność nadają szóstej płycie króla dodatkowego kolorytu, bez którego nie brzmiałaby tak samo. Małżeństwo tworzy niezwykle zgrany muzyczny tandem, który urzeka szczerością przekazu i wyśpiewywanych zwierzeń. „Dziękuję (bardzo)” jeszcze dobitniej, niż poprzednie płyty pary muzyków, być może przez trudną, pandemiczną sytuację, jaka w tym czasie dotknęła nas wszystkich, wyraża zagubienie i niepokój, jakie towarzyszą nam obecnie w codziennym życiu. Również najprawdopodobniej realia przymusowej izolacji zaowocowały, tym że dostajemy najdłuższą płytę w karierze króla. Do tej pory, zawsze zwarte i jakby skrojone na miarę albumy, nietrwające często więcej niż pół godziny, zawierały w krótkiej formie całe spektrum emocji, jakie towarzyszyły królowi w czasie ich tworzenia. Tym razem dostajemy płytę, która w punkt wyraża miejsce i czas, w jakim się znajdujemy, oddając bezbłędnie klimat zagubienia, gonitwy myśli i pytań, które często pozostają bez odpowiedzi. Być może gdzieś pod koniec płyta traci swój nerw i tempo, jakie nadał jej bezbłędny i rozpędzony początek albumu, ale dzięki temu poznajemy króla w całości, zarówno w najwyższej formie, jak i delikatnie błądzącego w meandrach swojej muzyki. Daje to niesamowity efekt zaskoczenia, który również zawsze towarzyszył jego muzyce. Tym razem jednak czasami trudno jest nawet zaszufladkować artystę w obrębie jego własnego, szalonego świata. To bez wątpienia potężna wartość dodana tej trochę przydługiej płyty.

„Nie będzie dziś happyendu”, śpiewa król w ostatnim utworze kończącym album. Nie sposób się jednak zgodzić z tym gorzkim zakończeniem niezwykle udanej płyty, która pozostawia tylko apetyt na więcej. Pozostaje mieć nadzieję, że król, który w końcu znalazł dla swojego szalonego muzycznego świata pewne miejsce w mainstreamie współczesnej polskiej alternatywy, będzie nas dalej czarował i zaskakiwał kolejnymi wyjątkowymi dźwiękami.

Recenzja : Kuba Banaszkiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *