Recenzja Płyty ”New Man, New Songs, Same Shit, Vol. 1 ” zespół ME AND THAT MAN

Ci z Was, którzy czytają moje recenzje wiedzą, że celowo nie daję liczbowych ocen, punktów i tak dalej. Moim zdaniem celem recenzenta jest opisać w jakim nurcie porusza się teraz dany artysta, przybliżyć koncept danej płyty i doradzić (lub odradzić) sięgnięcie po nią konkretnemu odbiorcy. A co z gwiazdkami/ocenami/punktami? Przydzielajcie je sami.

Tu także nie znajdziecie jednoznacznej odpowiedzi na pytanie „dobre to czy nie?” Me and that man to projekt, który od początku budził mieszane uczucia, nie tylko zresztą u mnie. Z jednej strony to bardzo ciekawe i wskazane, że artysta tak mocno związany z pewnym gatunkiem pokazuje inną twarz. Z drugiej, niezależnie od tego jak dobrze to będzie wyprodukowane i oprawione, będzie to zawsze podszyte gdzieś takim smutnym kryzysem wieku. Wiecie, jak klasyczny tato po 45-tce, który kupuje motocykl, skórę, gitarę, robi sobie tatuaże i postanawia udowodnić światu, że jest bardzo zbuntowany i wyjątkowy. Że jeszcze jest tym młodym buntownikiem, a ten brzuszek, łysina i kredyt to tylko kurz, który może w każdej chwili otrzepać i ruszyć w dal trasą 66.

 

„Me and that man” najpierw był projektem duetu Adama „Nergala” Darskiego i Johna Portera. Pierwszy chciał pokazać światu swoje inne oblicze. Znany z Behemotha, jest eksportowym polskim Księciem Ciemności. W kraju natomiast królował swego czasu w portalach plotkarskich ze względu na życie osobiste i instagramowe posty. Nergal w nowym wydaniu przybrał kostium pielgrzyma amerykańskiej prerii, ducha pustyni i opuszczonych kościołów, samotnego strzelca.

John Porter, którego niezliczone projekty (w tym ten z Anitą Lipnicką) dostarczały stacjom radiowym idealnych narzędzi do torturowania słuchaczy, nie musiał  nawet się przebierać jak jego kolega z zespołu, bo pasuje idealnie. Nie zrozumcie mnie źle, gdy piszę o torturowaniu: Porter to ikona muzyki w Polsce, człowiek o przeciekawej biografii i ogromnym wkładzie w kulturę. Natomiast stacje radiowe miały tendencje do zarzynania jego kawałków na tyle, że nawet z tych dobrych robiły dręczące. To nie jego wina, ale mam nadzieję, że korzyść majątkowa.

Tak czy inaczej dobrali się dwaj panowie: Książę Ciemności (który chciał pokazać, że umie śpiewać i ma wrażliwe serce) oraz Mężczyzna Po Przejściach (który zdecydowanie potrzebuje odmłodzić swoją publiczność). Wyszła muzyka ciekawa, wizerunek interesujący, choć każdy, kto uważnie śledzi scenę alternatywną za oceanem szybko zobaczy co i z kogo zostało tam przepisane. Widać, że na ostatnim koncercie King Dude w Warszawie Nergal zrobił dokładne notatki.

Najnowszy album jest już bez Portera. Nergal wymienił skład, zaprosił gości z pierwszych stron metalowych magazynów (Mastodon, Slipknot, Trivium czy Emperor) i nagrał płytę wypełnioną opowieściami rodem z mrocznego westernu. Jest tu tak amerykańsko, że czuje się piasek pustyni w słuchawkach i smak suszonego mięsa w ustach. Gitary, bas, mandolina, chóralne zaśpiewy – naprawdę jest tu wszystko czego trzeba. Brzmienie świetne, wydanie ładne, sesja zdjęciowa naprawdę w klimacie. W muzyce znajdziecie i smutek Nicka Cave’a, i przewrotność King Dude’a, i potępieńczość Those Poor Bastards. Warto po nią sięgnąć i przesłuchać kilka razy, niektóre refreny zostaną z Wami na dłużej, jak choćby „Burning Churches”. Na sam koniec zostawiono nam wyjątkową niespodziankę, bo krążek kończy „Confession” łączący country z black metalowymi blastami na perkusji.

„To jak to!?” – zapytacie. „Wylałeś jad, napisałeś tyradę podszczypując artystów, by potem jednym krótkim akapitem stwierdzić, że album ci się podoba? Zdecyduj się!” To prawda, ale właśnie takie uczucia uruchamia we mnie „New Man, New Songs, Same Shit, Vol. 1”. Z jednej strony widzę mocno pozę, sztuczność, próbę bycia amerykańskim pastorem, zapowiedzią Apokalipsy, samotnym kowbojem tak mocno, że aż do przesady, karykaturalnie. Tak właśnie, jak łysiejący buntownik-po-pracy uciekający przed własnym wiekiem i wizerunkiem na motocyklu.

Nergal w Behemocie osiągnął coś naprawdę wielkiego. Jego pozycja jako lidera takiego zespołu nie pozostawia żadnych wątpliwości co do jego umiejętności jako muzyka, menagera, biznesmana. Jest na szczycie. Tylko czy jest jeszcze w stanie kogokolwiek dzisiaj jeszcze przestraszyć, zszokować? Raczej nie. Jego sytuacja jest trochę podobna do Marylina Mansona. Jest słusznie uznany, jednak wpisał się w krajobraz popkultury i przez to został oswojony. Manson także dziś nagrywa country, sięga po standardy, które nagrywał wcześniej Tom Jones czy Johnny Cash. Nie mogąc nikogo przestraszyć stawia na po prostu dobre płyty. Zatem ucieczka Nergala w Me and that man z pewnością jest także ucieczką od tej „ciepłej posadki” Księcia Ciemności, którego nikt się nie boi. Jako pustynny pogromca może galopować w taką stronę, w jaką chce. Niezależnie od tego, czy mu wierzę, czy nie: nagrywa przy tym dobry album.

Z drugiej strony bardzo miło słucha się świetnie nagranych, zrealizowanych i wreszcie mądrze napisanych kompozycji. Takich na tej płycie nie brakuje. Jest ona spójna i bogata, nawet tematycznie jest tu wszystko, co powinno być: zdrada, śmierć, miłość, alkohol, nawrócenie, odkupienie, grzech i miłosierdzie, samotność i oczywiście płonący kościół w oddali.

Po tak długim tekście wniosek jest jeden: skoro płyta i projekt wywołały we mnie taką reakcję to znak, że w Was też mogą obudzić wiele emocji. To już powinno wystarczyć, by po niego sięgnąć.

Recenzja Błażej Grygiel.

One thought on “Recenzja Płyty ”New Man, New Songs, Same Shit, Vol. 1 ” zespół ME AND THAT MAN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *