Spięty: Systemy to ucisk, który prowadzi do buntu, a ten jest krzykliwy.

Po zawieszeniu działalności zespołu Lao Che, Hubert Dobaszewski, po 12 latach powrócił jako Spięty z drugim solowym albumem „Black Mental”, który przypłynął wraz z drugą falą fascynacji muzyką rapową. „To osobista podróż po mojej głowie i po systemie, który widzę za oknem. [..] Staram się go zaakceptować, traktuję go jako element kosmicznego chaosu” – mówi muzyk, jednocześnie podkreślając, że temat, który porusza, już zawsze będzie aktualny.

Bez kogo nie powstałaby jego nowy album, jak pogodzić trasę pożegnalną Lao Che z koncertami solowymi oraz co łączy ponadczasową powieść Orwella z jego tekstami – między innymi na te pytania odpowiedział Hubert Dobaszewski (Spięty) w rozmowie z Iwoną Smyrak.

 

IS: Minęło ponad dziesięć lat od wydania Twojej pierwszej solowej płyty „Antyszanty”. W tym roku powróciłeś z albumem „Black Mental”. Czy odzwyczaiłeś się od tworzenia na własny rachunek?

HD: Właściwie tak. Faktycznie, w 2009 roku wydałem debiutancką płytę „Antyszanty”. Przez te 12 lat odpocząłem od brania na siebie całego ciężaru związanego z dziełem. Zwykle, w przypadku Lao Che, dzieliliśmy się, chociaż miałem najwięcej obowiązków, bo pisałem teksty i robiłem linie wokalne. Tym razem, moja gra na instrumentach zamknęła się w 90%, bo wyprodukowałem tę płytę z Filipem Różańskim. Sam też komponowałem, więc obowiązków było dużo.

Jest to rzucanie się na głęboką wodę czy raczej Twój żywioł i dobrze się w tym odnajdujesz?

Nie prowokuję tego, a raczej jestem zmuszany przez okoliczności i wewnętrzny głos, który mówi,  że mam zrobić tak, a nie inaczej. To wiąże się z tym, że tak jak powiedziałaś, będę rzucony na głęboką wodę. To zawsze wzbudza niepokój i lęk. Natomiast nie jestem w stanie uciec przed wewnętrznym głosem, że  muszę coś zmienić.

Czy okoliczności pandemiczne wpłynęły na kierunek, jakim ostatecznie podążyła płyta „Black Mental”?

Zawsze jest jakiś pomysł, natomiast sam finał jest pewną zagadką i wychodzi inaczej, niż sobie założyłem. Ma to zarówno dobre jak i złe strony. Miałem w zamyśle stworzyć muzykę, która będzie zahaczała o hip-hop – w pewnych momentach udało się to, w innych nie, bo w ramach procesu twórczego mamy jakieś pomysły, ale potem one ewoluują. Sam proces twórczy, chociażby w przypadku pisania tekstów, trwa u mnie bardzo długo. Przez rok nie miałem konkretnego pomysłu, czyli zrobiłem jakieś rzeczy, ale nie byłem z nich zadowolony. Dopiero w maju ubiegłego roku trafiłem na trop, który był dla mnie  przekonywający i zdecydowałem się nim podążać przez kolejne trzy miesiące, pisząc „Black Mental”.

Pojawiają się opinie, że materiał z „Black Mental” trzeba sobie dawkować, przede wszystkim dlatego, że nie sposób wychwycić wszystko za jednym odsłuchem.

Taki mam sposób pisania. Konstruuję teksty, które mają mieć wiele płaszczyzn. Tak lubię i tak potrafię. Wydaje mi się, że przy okazji ostatnich dwóch płyty Lao Che, teksty były znacznie prostsze i to też jest fajne. Natomiast tutaj rzuciłem się trochę na głęboką wodę, bo wymyśliłem sobie coś w rodzaju rymowania, więc liczyłem się z tym, że tych treści będzie dużo. Przy okazji „Black Mental” tłumaczyłem sobie, że jest to płyta, która opisuje chaos systemowy, w którym uczestniczę, a on sam przeładowany jest informacjami, zatem mam świadomość tego, że nie jest to płyta lekka, łatwa i przyjemna – sam nie do końca takie lubię. Powtórzę – nie mam kontroli nad tym, co robię. Podążam za własnymi gustami i staram się robić płyty, które mi się podobają.

Nazywany jesteś mistrzem metafor i ironii, zresztą nie bez powodu. Od siebie dodam –  mistrz odwróceń, modyfikacji frazeologicznych i wszelkich innych językowych zabaw. Gdzie się tego nauczyłeś?

W technikum samochodowym. Bardzo miło wspominam moją nauczycielkę języka polskiego. Lubiłem ten przedmiot, ale byłem, powiedzmy, czwórkowy. Nie czytam zbyt wielu książek, ale mam napady czytania. Po prostu zapamiętuję dużo rzeczy i „mielę” to sobie w głowie na zasadzie rozrywki, ale też zadań, które sobie stawiam. Jest płyta, trzeba ją okrasić słowem, mieć na nią pomysł i nim podążać. Jest jedno słowo, obok niego stawiam drugie i korelacja między nimi musi być dla mnie wyszukana. Może być to wyświechtane, że napinam na coś, żeby było to coś oryginalnego, ale takie jest chyba zadanie szeroko pojętej sztuki, by robić rzeczy nieoczywiste. Staram się wyrażać myśli w sposób indywidualny i być indywidualistą.

Czy pisząc teksty, korzystasz opierasz się wyłącznie na obserwacji rzeczywistości czy sięgasz także po czyjeś publikacje?

Raz na jakiś czas zetknę się z literaturą, powiedzmy, naukową czy też naukowo-filozoficzną. Przy okazji ostatniej płyty zaczytywałem się w Hararim i jego trylogii. Jest on współczesnym filozofem, historykiem, socjologiem – osobą, która rozmyśla i wizualizuje sobie przyszłość rasy ludzkiej. To mnie zaciekawiło. Oczywiste jest dla mnie, że sięgnąłem również po „1984” Orwella. Jeśli chodzi o lata szkolne, zaniedbałem tę książkę. Postanowiłem do niej wrócić i przeżyć współcześnie, mając na karku 46 lat. Myślałem też o Stanisławie Lemie, jako o wizjonerze, futuryście, filozofie i artyście. Oglądałem wywiady z nim, a jest tego trochę w internecie. Jego punkt widzenia, podejście do rzeczywistości i jej opisywanie w jakiś sposób mnie urzekło. Bez postaci Lema nie byłoby tej płyty, przynajmniej w takim kształcie.

Wspomniałeś o książce Orwella, która po tylu latach wciąż jest aktualna. Myślisz, że analogicznie będzie z Twoimi tekstami z „Black Mental”?

Tak, tak jak w „1984” Orwella – jest to jakby opis mrocznej natury człowieka –  systemowej, w której jedna osoba zdominowała drugą w sposób wyraźny, autorytarny. Uciska ją, a ta druga raczej temu uciskowi się poddaje, ewentualnie jednostkowo się buntując. Generalnie jest to element ludzkiej natury, który również ja, mówiąc kolokwialnie, wziąłem na tapetę i zajmuję się nim przy okazji „Black Mental”. Są to rzeczy stare jak świat. Człowiek jako jednostka ma pewną energię, ale jeśli łączy się w grupy, to stają się one masami, które mają ją dużą większą. Często jednostki albo mniejsze grupy próbują tę energię pozyskać i ukierunkować tak, żeby im sprzyjała albo wykorzystywać dla własnych potrzeb. To już jest manipulacja i na tym żeruje system. Sądzę, że są to tematy zawsze na czasie.

Mam wrażenie, że spomiędzy wersów wydziera się Twój osobisty krzyk „dosyć!”. Kiedy ta granica została przekroczona?

Z punktu widzenia twórcy trudno mi to oceniać. Jeśli traktujesz to jako krzyk, to w pewien sposób może tak być. Jeśli ktoś tego słucha i uważa, że jestem, mówiąc delikatnie, zniecierpliwiony mechanizmami, w które wpada ludzkość i ja w nie wpadam również, to będzie czuł gniew i bunt, bo te systemy to ucisk – mniejszy lub większy. Prowadzi on do buntu, a ten jest krzykliwy.

Czy chciałbyś, aby ten album był komunikatem, impulsem do zmian – chyba przede wszystkim mentalnych? Co miałoby się zmienić? 

Chciałbym przede wszystkim zmian mojej osoby, bo jest to moja osobista podróż po mojej głowie i po systemie, który widzę za oknem. On mnie dotyka, ja go dotykam, w nim uczestniczę, jestem w nim po szyję i go opisuję. Staram się go zaakceptować, traktuję to jako element kosmicznego chaosu. To jest droga do zmian wyłącznie mojej osoby. Mogę kogoś zainspirować do rozmyśleń na ten temat, natomiast nie jestem w stanie nikogo zmienić. Ludzie mogą zmieniać tylko sami siebie, a to już jest bardzo dużo. Traktuję tę płytę trochę terapeutycznie, ale nie wiem, czy to jest dobre słowo. Jest to praca domowa, którą odłożyłem na później, a dziś ją skończyłem.

Czy to prawda, że minimalnie jest to „rodzinny album” jeśli chodzi o udział w nagraniach? Mam na myśli Twoje córki. Kto kogo zachęcił do tego przedsięwzięcia?

Tak, zwykłem takie przedsięwzięcia robić. W moim debiucie „Antyszanty”, drobny udział wzięła moja żona i bratanica. Wówczas nie miałem jeszcze córek. Tym razem chciałem, aby „Black Mental” był przełamany akcentem nie mojego głosu. Moje córki: Matylda (12 lat) i Adela (9 lat) miały w nim swój drobny epizod.

Jak zapatrywały się na to doświadczenie?

Na takiej zasadzie, że Adela przyszła i powiedziała: „Chcę coś powiedzieć do mikrofonu”. Przy okazji piosenki „Kopciuszko” jest wejście: „Wyje pies – pieskie życie” i mówię: No nie. Muszę wtrącić zdanie, które zamknie temat psów. Akurat Adela była pod ręką i nagrała mi to. Podobnie było z Matyldą, która krzyknęła „hej” w piosence „Zwiezda Śmierci”. Krzyknęła, wyszła z pokoju i na tym koniec. Fajnie, że zostało to nagrane i one, na pewnym etapie swojego życia, będą mogły uśmiechnąć się na wspomnienie o tym, że wzięły udział w czymś takim.

Jaki był powrót do rapu?

Rapuję, to za dużo powiedziane. Nie robię tego na co dzień, a w„Black Mental” chciałem zahaczyć o rap jak kiedyś, przy okazji mojego debiutu wydawniczego z grupą Koli (1999). Zajęliśmy się rzeczą, która nazywana była alternatywnym hip-hopem. Muzyka rapowa fascynowała mnie ponad dwadzieścia lat temu – była to pierwsza fala. Natomiast od kilku lat trwa druga fala i właściwie rap zdominował moją playlistę. Stąd też pomysł na „Black Mental” skupiający rzeczy okołobitowe, zahaczające o rap.

Czy brak możliwości zamknięcia rozdziału z trasą pożegnalną Lao Che, było utrudnieniem w pracy nad solowym materiałem?

Mentalnym – być może. Miało być tak, że kończymy, zawieszamy działalność, jest trasa puentująca, ładnie się kłaniamy publiczności i potem jest tylko czas na to, by skończyć to, co w moim przypadku zacząłem. W międzyczasie pojawiła się fajna płyta Nangi „Cisza w bloku”, czyli projektu Maćka i Filipa z Lao Che. Teraz jest tak, że serce Lao Che cały czas bije. Mamy pojawić się w kilku, kilkunastu, może nawet dwudziestu paru miejscach. Miło jest mieć to w głowie i na to czekać.

Zdaje się, że te koncerty małymi kroczkami powracają, a wraz z nimi temat Lao Che, a Ty jednocześnie wejdziesz na scenę jako Spięty. Jak to pogodzić? Wiadomo, że trzeba.  

No właśnie, niech to będzie odpowiedź na pytanie. (śmiech) Jestem postawiony pod ścianą, będę musiał robić i to, i tamto. Po półtora roku siedzenia w domu, powoli zaczyna się to uruchamiać, siły mam sporo, więc chętnie zagram, jak dużo tych koncertów by nie było. Fajnie jest móc spotkać się z chłopakami z Lao Che, fajnie też wystąpić ze swoim składem przy okazji prezentowania „Black Mental”. Ważna jest sposobność – żeby była publiczność i prąd na scenie, wtedy odpalimy wzmacniacze i do przodu.

Rozmawiała Iwona Smyrek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *