Michał Stemplowski – “Jestem uzależniony od procesu twórczego”

„Funeral Celebration” to tytuł pożegnalnej płyty J. D. Overdrive, która jest równocześnie podsumowaniem długiej i owocnej historii zespołu z Katowic. Zespół grał koncerty u boku Phila Anselmo, Down, Black Label Society, Soulfly, a nawet Europe czy Whitesnake. Ma też na koncie występy na festiwalach Hard Rock Heroes, Matalfest 2013.Jak to jest, zakończyć działalność po prawie 15 latach spędzonych na scenie? Jak powstawały utwory w trakcie tworzenia ostatniego albumu? Na te oraz inne pytania odpowie nam Michał “Stempel” Stemplowki:

 

Oliwia: Właściwie jest to dosyć specyficzny wywiad, bo przeprowadzam go już po ogłoszeniu przez was zakończenia projektu J. D. Overdrive. Skąd ta decyzja?

Michał : Gramy już kawał czasu; startowaliśmy w 2006 roku i przez te kilkanaście lat w tym składzie powiedzieliśmy chyba wszystko, co było do powiedzenia. Po prostu uznaliśmy wspólnie, że lepiej teraz to zakończyć, kiedy jeszcze mamy jakiś głód grania, kiedy jeszcze zostały jakieś nuty do odkrycia. Chcieliśmy wydać ostatni album, ostatnią porcję muzyki, która będzie „jakaś” i która będzie jeszcze w miarę dobrze odbierana (śmiech). Nie interesuje nas odgrzewanie „kotletów” tak długo, jak jest to możliwe.

O:  Ale jesteś w sumie od samego początku z J. D. Overdrive. Ciężko jest niejako „uśmiercić własne dziecko”?

M: Na pewno nie była to łatwa decyzja, bo faktycznie J. D. Overdrive to zespół powołany do życia przeze mnie. Do takiej decyzji człowiek dojrzewa. Ona też przychodzi z czasem i kiedy się nad tym głębiej zastanawiałem, to była to jedyna sensowna opcja. Wiesz, gdzieś tam w tyle głowy pojawiały mi się zespoły, próbujące wracać czy grać na siłę, gdzie to po prostu słychać i widać. Nie ma w tym szczerości. To po prostu próba utrzymywania przy życiu dawno obumarłej tkanki.

O: Wasza ostatnia płyta czyli „Funeral Celebration” ujrzała już światło dzienne. Czy podchodziłeś do tworzenia tego albumu jakoś inaczej, mając świadomość, że jest to Wasza ostatnia płyta?

M: Nie do końca, bo tak naprawdę decyzję o zakończeniu działalności J. D. Overdrive podjęliśmy mniej więcej w czasie, kiedy większość albumu była już gotowa. Nawet jak komponowałem ostatnie utwory, to nie podchodziłem do tego procesu w inny sposób, niż mam to w zwyczaju. Szukałem tych dźwięków, które gdzieś mi tam w głowie grały i jakie chciałem przelać na gitarę. Na pewno nie było to na zasadzie „kurde, to jest ostatnia płyta, więc muszę wymyślić coś oryginalnego, ciekawego, mocniejszego, itd.”. Więc nie, to było podejście takie, jak przy każdej z naszych płyt.

O: Pojawiły się głosy, że Wasza ostatnia płyta brzmi nieco mniej southernowo niż dotychczasowe albumy, chociaż w sumie ta tendencja zaczęła się od jeszcze poprzedniego albumu czyli „Wendigo”. Czy to był Wasz zamierzony efekt, żeby zejść z takiego grania?

M: Zdecydowanie tak! Nigdy nie celowaliśmy w to, żeby być na siłę „południowymi”. My po prostu chcieliśmy grać muzykę, jaka nam się podoba. Tworząc riffy, komponując i aranżując je wspólnie z chłopakami, zawsze podchodziliśmy do tego w ten sposób – gramy taką muzę, jakiej sami chcielibyśmy słuchać. Nie myśleliśmy nigdy o tym, że „ ten kawałek nie jest southernowy, więc go wywalamy”. Skoro nam się podoba, skoro jest utrzymany w nurcie mniej lub bardziej amerykańskiego metalu, to czemu nie? Świetnym przykładem w tym miejscu będzie „On Corpses Of Giants” , jeden z moich ulubionych numerów w całej dyskografii zespołu, który w mojej ocenie jest całkowicie nie southern-metalowy. To utwór utrzymany w nurcie post-metalu i ten efekt był absolutnie zamierzony. Zatem jeśli ktoś twierdzi, że nasza ostatnia płyta nie brzmi southernowo, to zapewne ma rację.

O: Chociaż „Die Trying” z nowej płyty z kolei mocno trzyma southernowy klimat…

M: Tak, to numer sięgający mocno w korzenie bluesowe, czyli w te, z jakich southern-metal także czerpie. I taki był pomysł na ten utwór. Dodatkowo okazało się że ma fajny groove, są fragmenty kojarzące się z twórczością Zakka Wylde’a i jego Black Label Society. W związku z tym jeśli ten numer się komuś podoba, to o to przecież chodziło.

O: Wracając jeszcze do wspomnianego wcześniej southernowego grania, czy Wy, zaczynając jako zespół, mieliście gdzieś z tyłu głowy, że ten nurt się może w Polsce kompletne nie przyjąć? Myślę, że istniało takie ryzyko…

M: Wiesz co, gdy zakładaliśmy zespół, kiedy zbierałem ekipę, to nie kalkulowałem, że to ma być kapela, jaka osiągnie jakąkolwiek popularność. Jasne, były jakieś marzenia, chciało się grać świetne koncerty, chciało się wydawać płyty, co nam w sumie wyszło, ale to było myślenie w kategoriach „gramy mało popularną muzę, więc mamy świadomość, że może się to zwyczajnie nie sprzedać”. I taka jest prawda –  southern-metal kiepsko się sprzedaje. Nie jest to gatunek mocno popularny w Polsce czy nawet za granicą. Ma oczywiście swoich oddanych odbiorców i to czujemy, ale nie jest to gatunek wyniesiony na piedestał, jak np. „black metal w kapturach” (śmiech).

O: Czyli tworzenie dla tworzenia…

M: Dokładnie! Wiesz, jak budujesz zespół to można kalkulować w stylu „ok, chcę stworzyć band, który odniesie jakiś sukces, który zarobi kasę, który będzie gdzieś tam rozpoznawalny”. Tylko w takiej sytuacji tego typu muzyki byśmy zwyczajnie nie grali. Poszlibyśmy w zupełnie inną stronę. Tu chodziło o zwykłą frajdę z grania. To jest nasza pasja i robimy to przede wszystkim dla własnej przyjemności. Nie jest to źródło naszego utrzymania, przez co możemy robić wszystko, na co my mamy ochotę. Dzięki etatom, z których każdy z nas się utrzymuje, mamy całą masę przestrzeni i dużo swobody twórczej. I to po prostu zadziałało.

O:To w sumie bardzo dobrze. Ale skoro już sam wróciłeś wspomnieniami do czasu zakładania zespołu – jakie były początki J. D. Overdrive? Jesteś właściwie ojcem założycielem zespołu i może za jego stworzeniem kryje się jakaś wybitna historia?

M: Nie ma tu jakiejś wybitnej historii. Prawda jest taka, że przed założeniem J. D. Overdrive grałem w nieistniejące już kapeli „Dual Coma”. W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły – zespół podziękował mi za współpracę, bo niezbyt dobrze dogadywaliśmy się na gruncie muzycznym. Tym samym zostałem z głodem grania i bez kapeli. Mając w głowie trochę pomysłów zaprosiłem do współpracy mojego kumpla i perkusistę – Maćka Rutkowskiego – z którym zaczęły powstawać pierwsze kompozycje. Nota bene całkowicie pierwszą był „Come Full Circle”, jaki zdecydowaliśmy się nagrać ponownie na „Funeral Celebration”. I od tego tak naprawdę wszystko się zaczęło.

O: Jesteś właściwie głównym twórcą w J. D. Overdrive. Opowiedz o swoim procesie tworzenia utworów, jak to wygląda z twojej perspektywy?

M: To jest tak, że chwytam za gitarę i jammuję. Szukam jakichś ciekawych progresji akordów, dźwięków, melodii i na tej bazie zawsze powstaje pierwszy riff czy dwa. Następnie wędrują one na mój telefon komórkowy, gdzie muszą się nieco uleżeć. Po dwóch-trzech dniach odsłuchuję pomysły i zastanawiam się, czy aby na pewno to to (kolokwialnie mówiąc) siedzi. Jeśli wszystko gra, to albo „dorabiam” resztę albo zabieram taki pomysł na próbę, gdzie razem z chłopakami jammujemy wokół motywu, a ja szukam pomysłów na kolejne składowe całego utworu. I to najczęściej w ten sposób powstawały nasze kompozycje. Były też sytuacje, kiedy pomysł rodził mi się w głowie nagle, np. podczas pracy w biurze. Tutaj idealnym exemplum będzie „The Fury In Me” – musiałem wyjść do kibla, aby zanucić go sobie na telefon, a potem poszukać tych dźwięków na klawiszach. Po powrocie do domu przetransponowałem te nuty na gitarę, a następnie podczas próby chyba za pierwszym podejściem wyjammowaliśmy niemal cały utwór, jaki praktycznie w niezmienionej formie trafił na „The Kindest of Deaths”.

O: Genialnie, że takie pomysły zastają Cię w pracy! (śmiech). Muszę Cię jeszcze zapytać o to, ponieważ rozmawialiśmy już o Waszych początkach, jak od „kumpelskiego grania” przejść do supportowania gwiazd światowych scen? Bo, umówmy się, J D Overdrive naprawdę umiejscowiło się w Polsce w czołówce zespołów w swojej kategorii.

M: Hah, cieszę się, że to tak odbierasz. Natomiast jak do tego doszło? Chciałoby się powiedzieć, że osiągnęliśmy to ciężką pracą , wytrwałością i konsekwentnym dążeniem do celu. I szczypta prawdy w tym jest. Natomiast rzeczywistość jest bardziej trywialna – w tym biznesie albo masz cholerne szczęście albo masz znajomości. Albo jedno i drugie. Oczywiście talent, ciężka praca i konsekwencja też pomagają, ale nie są to czynniki decydujące. W naszym wypadku zadziałały znajomości Susła, pracującego na co dzień w Metal Mind Productions. Wiedział komu podrzucić płytę, a że dodatkowo materiał ten został nieźle odebrany, tak MMP zostało naszym wydawcą. Pamiętam też, że Pani Prezes – Mariola Dziubińska –przyjechała na nasz koncert przed Black Label Society do warszawskiej Stodoły, żeby zobaczyć jak się prezentujemy na żywo i z tego co wiem, to była ta „kropka nad i”. I tak to się potoczyło. Wydali pierwszą naszą płytę, okazało się że nawet ktoś chce tego słuchać, ktoś tę płytę kupił i poszło. Każdy kolejny album to faktycznie powtórka procedury z poprzedniego (śmiech), czyli nagrywamy materiał, pokazujemy go naszemu wydawcy, wydawca stwierdza, że jest ok i wydaje. I to właśnie dzięki m. in. Metal Mindowi mieliśmy możliwość zagrania przed Down, Black Label Society, Whitesnakiem czy przed Clutch.

O: A jak według Ciebie ewoluował zespół J. D. Overdrive na przestrzeni tych prawie 15 twórczych lat? Czy były jakieś zmiany, które najbardziej rzuciły Ci się w oczy?

M: Z nami było trochę jak z owocami. Dojrzewaliśmy jako zespół, dojrzeliśmy jako ludzie i zdobyliśmy masę doświadczenia grając z lepszymi od nas i poznając ludzi, którzy zjedli zęby na muzyce. To zrobiło swoje. Jesteśmy mądrzejsi o pewne doświadczenia. Do tego staraliśmy się być pokornymi. Sami też stawaliśmy się chyba coraz lepszymi muzykami. Do tego dochodzi doświadczenie płynące z procesu nagrywania płyt oraz praca w studio z fantastycznymi realizatorami.  W tym miejscu muszę wspomnieć Piotra Gruenpetera znanego jako Haldor Grunberg. To z nim w zasadzie od drugiej płyty pracujemy regularnie. Piotr miał wiele dobrych pomysłów podczas sesji nagraniowych i nam je podrzucał. Zresztą jest współproducentem naszych płyt począwszy od „Fortune Favors The Brave”.

O: A skoro jesteśmy już przy temacie nagrań: co Ty, jako gitarzysta, dołożyłeś od siebie w kwestii brzmienia, żeby ”Funeral Celebration” brzmiało tak, jak brzmi? Dobierałeś jakiś konkretny sprzęt?

M: Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to ten album był nagrywany równolegle na dwa wzmacniacze podłączone do dwóch różnych paczek. Mowa o Marshallu JVM410H, z którego korzystam na co dzień podczas prób i koncertów oraz o Marshallu DSL20HR. Kolumny to odpowiednio Marshall 1960A oraz 1936. Całość była dopalana overdrivem MXR’a. Do tego w zależności od potrzeb MXR Carbon Copy czy kopia Big Muffa.
Z racji dwóch różnych strojów gitar użyłem także dwóch wioseł – Gibsona Les Paula Traditionala, który jest ze mną od blisko dekady, a także świeżego nabytku, Chapmana Ghostfret Pro. Pierwsza z nich posłużyła mi do nagrania kawałków w wyższych strojach, a takie numery jak „The Ferryman Cometh”, „Old Dog, Old Trcks” czy „On Corpses of Giants” położyłem na Chapmanie.

O: Czy Chapman był zamawiany konkretnie pod nagrywanie tych cięższych numerów? Było coś takiego co Cię w nim ujęło?

M: Tak, ujął mnie jego wygląd (śmiech)…

O: Tak myślałam, że to powiesz! (śmiech)

M: Tego Chapmana właściwie nie miałem okazji ograć przed zakupem. Kupiłem go oczami, stwierdzając że jeśli nie będzie mi leżał w łapie, to go puszczę dalej w świat bez żalu. No zwyczajnie zakochałem się w wyglądzie tego wiosła! Zresztą od dawna gdzieś tam marzyłem sobie o wiośle w kształcie Explorera. Po pierwszych próbach oczywiście pojawił się „efekt WOW”, który w dość dużym stopniu utrzymuje się po dzień dzisiejszy.

Ten Chapman to kawał solidnego wiosła, który daje inny sound, niż ten ciepły, okrągły, pracujący bardziej w niskich częstotliwościach wygar Les Paula. Tutaj pojawiła się taka fajna „druciana otoczka” i pewna szorstkość w brzmieniu. Idealnie mi się to zgrało z utworami w niższych strojach i bardzo dobrze to siedzi w miksie.

O: Jak już jesteśmy przy temacie gitar – czy masz jakieś swoje gitarowe inspiracje?

M: Jak byłem młodszy i zaczynałem grać na gitarze, to tego typu idoli jak najbardziej miałem. Był to John Petrucci, Zakk Wylde, potem pojawił się Joe Bonamassa. Ta trójka bardzo mocno mnie inspirowała. Ale prawda jest taka, że obecnie słucham bardzo dużo różnych gitarzystów i bardzo dużo różnej muzyki. Dla przykładu jakiś czas temu odkryłem Jareda Jamesa Nicholsa, który blues-rocka wyniósł na takie wyżyny, że kopara mi opada jak gościa słucham. W szczególności, że gra tylko palcami, nie używa kostki. Potrafi robić niesamowite rzeczy!

Zawsze byłem też fanem Mike’a Sterna. Zatem inspiracji jest wiele, ale nie mam kogoś takiego, kto byłby dla mnie obecnie „gitarowym bogiem” i drogowskazem. Sam czerpię z wielu muzycznych źródeł. I chyba takie podejście polecam każdemu, bo to mocno poszerza horyzonty.

O: To już na sam koniec chciałabym Cię spytać, czy na ten moment planujesz jakieś nowe projekty po J D Overdrive?

M: To jest trudne pytanie. Na pewno z gitarą się nie rozstanę, bo za bardzo ją kocham i jestem uzależniony od procesu twórczego. Dla mnie jest to jak narkotyk (śmiech).

Natomiast potrzebuję okrzepnąć po J. D. Overdrive; po funkcjonowaniu w zespole. Wiesz, nie rzadko się spieraliśmy, bo jesteśmy różnymi charakterami. Nasza współpraca nie zawsze była mlekiem i miodem płynąca, więc potrzebuję też od tego odpocząć. W każdym razie na pewno coś się pojawi!

O: Super, będę zatem śledzić Twoje dalsze poczynania! Bardzo Ci dziękuję za wywiad i życzę wszystkiego najlepszego na przyszłość!

M: Dzięki! Cała przyjemność po mojej stronie! J

Foto: Marcin Pawłowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *