Wywiad z Michałem Łapajem ( Riverside )

Fani długo oczekiwali solowego wydawnictwa muzyka. Pierwsze zapowiedzi krążka pojawiły się już w 2016 roku. Sam Łapaj wytyczył sobie własne tempo, intensywnie pracując nad albumem. Czas pokazał, że warto było czekać. Debiutanckie „Are You There” przetarło się do pierwszej piątki listy OliS, a pozytywny odzew jeszcze silniej utrwalił pozycję już wcześniej docenianego i znanego artysty. Zewsząd napływają pozytywne opinie.

O czym opowiada album Are You There?

MŁ: Album jest o komunikacji, porozumieniu się oraz jego ewentualnym braku. Jak wskazuje tytuł, „Are You There” – „Czy jesteś tam?”.  Jednym z głównych pytań, jakie stawiam sobie na krążku, są zmiany zachodzące w ludziach. Jak bardzo możesz oddalić się od osoby, która wcześniej była może najbardziej bliską tobie i czy jest ona wciąż taka jak dawniej. Relacje się rozeszły i już nie jesteś do końca pewien jaka jest prawda.

Co czułeś kiedy dowiedziałeś się, że album „Are You There” uplasował się na piątym miejscu listy OliS?

MŁ: To było bardzo miłe zaskoczenie. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się tego. Czułem, że krążek ma szansę gdzieś się dostać, ale na pewno nie sądziłem, że aż na piątym miejscu! Uważam, że to duży sukces, bo umówmy się, nie jest to muzyka stricte popularna. Moja twórczość jest dosyć specyficzna.

Odnoszę wrażenie, że wyjątkowo dużo przestrzeni dałeś różnym gatunkom muzycznym: mamy tu trochę ambientu, silnej syntezatorowej muzyki, ale również post-rocka. Czy od samego początku wiedziałeś jaką atmosferę chcesz nadać płycie? A może zmieniłeś koncepcję w trakcie produkcji?

MŁ: Mogę powiedzieć, że wiedziałem jaki kolor będzie mieć ta płyta. Chciałem, uczynić ją  troszkę mroczniejszą, utkaną z ciężkich brzmień syntezatorów analogowych. Czułem, że nie chcę oprzeć rdzenia twórczości na lekkim padzie z przysłowiowego Korga, mimo że partie oczywiście są wspomagane różnymi rodzajami klawiszy. Zwizualizowałem sobie ten konkretny odcień twórczości i  trzymałem się go przy pracy nad instrumentarium. Jeżeli chodzi o post-rock pojawił się przy okazji. Był pomysł na utwór, i postanowiłem go rozbudować. Wystarczy spojrzeć na „Shattered Memories”. Wzbogaciłem partie o bębny, żeby nadawały konkretny rytm, postanowiłem, że w pasie nie będzie grać gitara basowa tylko tłustszy syntezator i nagle okazało się, że mój materiał stanął na gruncie post-rocka. Bywały momenty, gdzie brakowało mi jednak gitarowych uderzeń. Zresztą na samym początku zastanawiałem się, czy nie zaprosić jakiegoś gitarzysty do nagrania ścieżek. Ostatecznie uznałem, że najfajniejszą opcją, która zbliży dźwięk do elektryka, a jednak nim nie będzie, jest eksperyment w postaci przesterowanych klawiszy.

Warto zaznaczyć, że praktycznie każda partia instrumentalna wyszła spod twoich rąk. Od czego zaczynasz komponowanie utworów?

MŁ: Powiem ci, że różnie. Bywa, że kiedy siedzę przy pianinie bądź jakimś syntezatorze jego brzmienie popchnie mnie do danego motywu. Po jakimś czasie wracam do niego i zastanawiam się czy to było dobre czy nie. Czasami zdarzają się partie, które potrafią lśnić w danym określonym momencie, ale gdy do nich wracasz, okazuje się, że blask ten był chwilowy i nie jest tak piękny jak go pamiętasz. Jeżeli motyw znów przykuje moją uwagę, wówczas dogrywam kolejne partie, rozbudowuję go i sama muzyka pcha kompozycję w odpowiednim kierunku.

W albumie słychać lekkie odniesienia do takich artystów jak: Jean-Michel Jarre, Brian Eno, czy oczywiście Alan Wilder z dawnego Depeche Mode, nie wiem czy się ze mną zgodzisz?

MŁ: Słyszałem już takie porównania zwłaszcza do Jeana-Michel Jarre’a, szczególnie w utworze „Where Do We Run”. Nie ukrywam, że Jestem fanem tych instrumentalistów, muzyka elektroniczna   mocno zakorzeniła się w moim sercu, natomiast nie próbowałem się wzorować na nikim. Wydaje mi się, że są pewne tereny muzyczne, na które ktoś wszedł jako pierwszy i nawet jeżeli znajdziesz się gdzieś obok nich, one zawsze będą kojarzone z tym jednym głównym artystą przecierającym szlaki. Gdy gram na przesterowanych Hammondach, ktoś może powiedzieć, że brzmię jak John Lord, ponieważ uważa się go za jedną z czołowych postaci takiej realizacji organów. Niemniej nie uważam to za minus. Jest mi bardzo miło.

Twoje utwory spokojnie mogłyby zawojować zagraniczny rynek. Czy myślisz o promowaniu wydawnictwa poza za granicami Polski np. w formie trasy po Europie? Z Riverside mieliście już sukcesy na listach przebojów m.in. w Niemczech, Belgii, Szwajcarii, Holandii i Finlandii. (Album „Shrine of New Generation Slaves”). 

MŁ: Muszę powiedzieć, że dostaję bardzo dużo pozytywnego feedbacku z różnych europejskich portali i gazet, co jest niezwykle miłe, szczególnie kiedy słyszę, że ktoś opisał mój album mianem wydawnictwa roku. To naprawdę mocne słowa. Zobaczymy jak się wszystko rozwinie, ale umówmy się, to mój debiut, więc totalnie nie wiem czego się mam spodziewać po gronie odbiorców. Na razie zbieram optymistyczne opinie, co mnie bardzo cieszy. Zobaczymy co dalej.

Nie ukrywam, że okładka Antoniego Rondinone przykuwa uwagę odbiorcy. Czy od samego początku był to jej jedyny projekt, a może artysta podesłał ci inne ciekawe prace? 

Z Anthonym znam się już dobrych parę lat. Pewnego razu wysłał mi stronę, na której upublicznia namalowane obrazy. Byłem w szoku, dotychczas znałem go jako muzyka i basistę zespołu „JOLLY”. Nie spodziewałem się, że potrafi malować. Jego prace bardzo mi się spodobały. Sam zaproponował okładkę gdy tylko dowiedział się, że nagrywam album. Powiedział „Stary nie ma co szukać, użyjmy tego!”. Oglądałem jego twórczość i widziałem ten jeden specyficzny obraz, który znalazł się na „Are You There”. Nie chciał robić kopii tego co już namalował i absolutnie się z nim zgadzam. Miał wielkie portfolio, niemniej ten jeden skrawek twórczości mocno pasował do płyty i chyba dlatego zostaliśmy przy nim. Jest najbardziej wymowny.

Gdybyś miał nieskromnie wybrać najlepszą kompozycję z całej tracklisty „Are You There”, masz jakiegoś faworyta?

MŁ: Trudno mi powiedzieć, bo z jednej strony płyta jest bardzo spójna, ale utwory są także różnorodne. Mamy trochę wspomnianego post-rocka, odrobinę ballad na pianinie, typowo elektroniczne brzmienia. Ta wielokierunkowość uniemożliwia mi wybranie konkretnej kompozycji. 

Czy możesz coś nam słuchaczom opowiedzieć o współpracy z Mickiem Mossem? 

MŁ: Z Mickiem poznałem się na festiwalu w Brazylii. Nie pamiętam kiedy to było: najprawdopodobniej gdzieś w okolicach 2014 bądź 2015 roku. Uznałem, że ma nie tylko świetny głos, ale także bardzo sympatyczny charakter. Czuliśmy tą samą muzykę, te same żarty i od tamtej pory wzajemnie witamy się na swoich koncertach. Kiedy przyjeżdżam na wyspy w okolice Liverpoolu bądź Manchesteru, on zawsze wpada na występ i podobnie sprawa ma się, kiedy Mick bywa w Polsce. Utrzymujemy kontakt jako koledzy. Gdy dałem znać, że będę wydawał swój solowy album, Mick był jedną z pierwszych osób, które napisały, że bardzo chętnie na nim zaśpiewają. To była bardzo miła wiadomość, dlatego, że komponując „Shattered Memories” akurat myślałem o nim, idealnie wpasowywał się w stylistykę kawałka.

Jak zapatrujesz się na powracającą modę na elektroniczne brzmienia? Nie jest tajemnicą, że syntezatory przeżywają swój renesans od drugiej połowy lat 10-tych, czego apogeum można  dziś  dostrzec. 

MŁ: Generalnie cieszy mnie ten powrót, bo bardzo lubię takie brzmienia o ile są wykorzystane w dobry sposób i z umiarem. Póki nie będzie przesytu, to miło się tego słucha. Nie wiem, ile ona jeszcze potrwa.

Brałeś udział w wielu projektach w dotychczasowej karierze muzycznej. Który z nich wspominasz najlepiej?

MŁ: Każde z nich było ciekawym doświadczeniem. Bardzo dobrze wspominam nagrywanie solówek na Antigamę, gdzie wywiązała się ciekawa rozmowa z gitarzystą. On jest fanem soundtracków do włoskich horrorów z lat 70, więc dobrze się dogadywaliśmy i bardzo mnie ciekawiło jego podejście do muzyki. Gdy powiedział, żebym zagrał solówkę w „Meteorze” od razu poczułem, że wypłynęła sama. Niezwykle czytelne dla nas było, w jakiej formie miała powstać. Żeby było śmieszniej, gdy byłem z nim w studiu, przyszedł Nergal i zapytał czy zagram na Hammondzie u nich na płycie, bo chcieliby ją trochę podbarwić brzmieniowo. Uznałem, że to super pomysł. Popracowaliśmy nad barwą płyty. Oczywiście górę przejęły gitary, bo to w końcu metalowy zespół, natomiast gdybyśmy oddali organom Hammonda główne partie, zrobiłyby się lata 70-te. Wciąż utrzymuję z nimi kontakt, bo pomimo swego wizerunku, to sympatyczni goście i mamy do siebie szacunek. To była fajna przygoda zagrać na ich dwóch płytach.

Pytanie trochę z innej półki. Czy masz ulubiony sprzęt klawiszowy, który mógłbyś nazwać barwą godną miana ambrozji? Może organy Hammonda? 

MŁ: Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Generalnie moim konikiem, co zdążyłeś zauważyć są Hammondy. Uwielbiam też mocno syntezatory analogowe. Jeżeli czegoś brakuje mi w pierwszym, gram na drugim, który łata tę dziurę. Jest w nich coś niesamowitego, pewnego rodzaju swoista organiczność. Każdy żyje swoim życiem, a gdy grasz na nich jednocześnie, w piękny sposób się dopełniają. Unikam używania cyfrowych instrumentów i gotowych presetów. Wolę wziąć instrument analogowy i wykręcać go na każdej warstwie. Oczywiście ścieżki były wspierane przez cyfrówki w lekki sposób, ale to tylko skrawek dźwięku. Ktoś może powiedzieć o pięknej barwie syntezatora, a w rzeczywistości to pięć śladów różnych klawiszy nałożonych na siebie. Nie wskażę ci jednego ukochanego elektrofonu. Chyba najczęściej siedziałem i pracowałem na Prophetcie, bo jest bardzo dużym, szerokim i tłustym instrumentem, a w dodatku wszędzie dobrze go słychać. Nawet ściszony potrafi być czytelny. Kocham to uczucie, kiedy siedzę na syntezatorach myśląc „kurcze, one są takie prymitywne” i przechodzę do sali z organami Hammonda. Nie potrafię się od nich oderwać (śmiech). Wbrew pozorom to akustyczny instrument. Granie na nich daje niesamowitą przestrzeń i frajdę.

Jak myślisz? Co daje przewagę analogowym brzmieniom nad emulowanymi odpowiednikami znanymi choćby z programów Analog Lab 4, czy Reaktor 6?

MŁ: Na pewno naturalność wynikająca tak naprawdę z niedoskonałości instrumentów. Dajmy na to, mamy studyjne „klocki” modulujące dźwięk, które nadają fajnego naturalnego zabarwienia, a co one robią? Tak naprawdę zniekształcają brzmienie, bo ludzkie ucho łatwiej przyjmuje nieregularne częstotliwości, niż stricte komputerowe. Dobrym przykładem może być pianino Rhodes, które symulowane na koncertach w Korgu Kronosie, brzmi niby podobnie, ale kiedy gram na oryginale, okazuje się, że jeden klawisz gra trochę ciszej, inny głośniej. Jako ludzie lubimy symetrię, ale jeżeli patrząc na kogoś zobaczyłbyś idealne jego odbicie połowy twarzy, odczułbyś, że jest nienaturalne. Tak samo jest z analogami. Umówmy się, dziś komputery stoją na niezwykle wysokim poziomie i algorytmy potrafią naśladować dźwięk w sposób bliski oryginałowi. Wciąż jednak uważam, że ciężko jest oszukać prawdziwe częstotliwości i zawsze ten oryginał będzie brzmiał lepiej.

Pytanie o pracę i software. W czym nagrywasz? Chodzi mi oczywiście o cyfrową stację roboczą.

MŁ: W studiu zawsze nagrywamy na Pro Toolsie. Ja osobiście od kilku lat pracuję na Logicu i po prostu do niego przywykłem. Generalnie wszystkie stacje robocze są podobne tzn. tak samo nagrywają dźwięk i moim zdaniem główną kwestią jest wygoda pracy, lepsze wsparcie urządzeń MIDI i tp. Jeden może mieć płynniejszą formę pisania nut, a inny pokaźną sumę wtyczek na starcie. Finalnie nie słychać jakiejś większej różnicy. Kiedyś mówiło się, że Cubase idealnie nadaje się do pracy z MIDI, Pro Tools wypada gorzej na tym polu, ale dużo potrafił robić z próbką dźwiękową, Logica zaś polecano do szybkiego tworzenia muzyki, bo miał na pokładzie dużo sampli i loopów. Myślę, że dziś, wszystko zaczyna się zlewać w jedno. 

Myślałeś już nad nowym projektem? 

MŁ: Jeszcze nie myślałem. (śmiech) Szczerze mówiąc na razie muszę doprowadzić jeden rozdział do końca i dopiero później zacznę myśleć o czymś innym. Wydaje mi się, że jak pozbieram do szuflady inne rzeczy, które wyjdą w trakcie gry, być może będą to inspiracje innym instrumentem, to pomału zbiorę nowy materiał i pojawię się z nim w studiu. Póki co, głowę zostawiam sobie na Riverside. 

Czy planujecie wydać z chłopakami z Riverside nowy album?

MŁ: Tak, najprawdopodobniej wydamy w przyszłym roku. Było bardzo dużo planów, wszystko się pozmieniało. Pandemia przesunęła koncerty i właśnie teraz trwa trasa jubileuszowa z okazji dwudziestolecia, składającą się z 4 koncertów. Jeden odbył się 13 sierpnia w Gdańsku, gdzie  wystąpiłem zarówno z Riverside jak i dwa dni później Tangerine Dream. Następny odbędzie się w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie.

Bardzo dziękuję ci za ciekawą rozmowę. 

Rozmawiał Kamil „Inky” Kołacz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *