Recenzja Płyty Jinjer – Wallflowers

Jinjer jest tym typem zespołu, któremu sukces był po prostu pisany. Kariera ukraińskiego kwartetu w pewnym momencie nabrała wiatru w żagle i nie zamierza zwalniać. Od przewodzenia w największych  festiwalach, przez światowe trasy koncertowe po okładki muzycznych magazynów – zewsząd bije szybki rozwój grupy Jinjer.

27 sierpnia ukazało się nowe wydawnictwo grupy zatytułowane „Wallflowers”. To kolejne, twórcze, niezamknięte w sztywnych ramach dzieło, balansujące pomiędzy metalem progresywnym, metalcorem i artystyczną nastrojowością. To wszystko potwierdzają słowa basisty  zespołu, Eugena Abdukhanova, który stwierdził swego czasu, że dzień, w którym Jinjer nie będzie poszerzał dalej swoich horyzontów, będzie ostatnim w karierze zespołu. Zdradził również, że album „Wallflowers” będzie wydawnictwem opartym na emocjach i będzie miał bardzo osobisty charakter. Wskazuje na to już sam tytuł – Tatiana wytłumaczyła, że „Wallflower” to w tłumaczeniu z języka angielskiego „Introwertyk”, ktoś kto na imprezie podpiera ściany i nie rozmawia z nikim. Uważa, że to słowo bardzo dobrze ją opisuje, ponieważ sama bywa mocno introwertyczna.

Płyta rozpoczyna się jednak mało introwertycznie od konkretnego uderzenia w kawałku „Call Me A Symbol”, prezentującym pełne spektrum screamo-growlu Tatiany. A trzeba przyznać – ma kawał głosu! Dlatego wybranie numeru „Vortex” na singiel promujący to wydawnictwo jest dla mnie nieco zmarnowanym potencjałem. „Vortex jest bowiem bardzo fajnym kawałkiem ale nie ma w nim tego dobitnego uderzenia, na jaki zasługuje singiel promocyjny. Już chociażby „Colossus” bije klimatem w twarz bardziej niż „Vortex”

„Disclousure” ma za to świetny potencjał, słyszy się tam bowiem inspiracje klasycznym hard rockiem i mocniejsze uderzenia genialnie wręcz współgrają tam z pozostałą melodyjnością. Nieustannie jestem też pod wrażeniem rozpiętością styli śpiewu Tatiany oraz tego jak, płynnie potrafi przejść od ciężkiego growlu do przyjemnego, dźwięcznego wokalu… i to nie raz w ramach jednego numeru.

Znajdziemy na tej płycie też odwołanie do motywów Biblijnych w numerach „Pearls and Swine” czy „Mediator”. Nie jest to oczywiście ładna i oczywista rozmowa z Bogiem, raczej wykrzyczenie mu w twarz całego gniewu. O utworze „Mediator” Tati mówi w ten sposób: „Piosenka jest rodzajem monologu do Boga, jeśli w ogóle istnieje Bóg – ja chwytam Go za brodę i pokazuję Mu wszystkie okropności świata” [przyp. https://kulturalnemedia.pl/muzyka/jinjer-wallflowers-recenzja/]. Utwór „Mediator” został zresztą opatrzony pięknym teledyskiem, prezentującym kolejne oblicze Tatiany w zwiewnej sukni, stojącym tak bardzo w kontraście do muzyki tego klipu.

Tytułowy kawałek ma w sobie tą introwertyczność o której opowiada, jest nieco wolniejszy i zaczyna się dosyć melancholijnie aby rozkręcić się w późniejszej części. Mimo tego, cała kompozycja nie jest nudna, pomimo, że nabiera tempa powoli.

Pozostając w temacie czysto muzycznym – chciałabym pochwalić Jinjer za kompozycje muzyczne, które mimo ciężkiego grania są bardzo różnorodne. Widać w tym owy rozwój, który w swojej twórczości grupa nieustannie podkreśla. Mix nieprzesadzonej melodyjności z ciężkim graniem jest w tym wypadku absolutnym strzałem w dziesiątkę. To połączenie znajdziecie przykładowo w kawałku „As I Boil Ice”, który moim zdaniem, jest bardzo przemyślany kompozycyjnie i nie wiem, czy nie jest jednym z moich absolutnych faworytów z „Wallflowers”.

Album bardzo mocno trzyma poziom wszystkich poprzednich w dyskografii Jinjer. Jest tu mocne uderzenie ale jest też miejsce na lekki oddech, co całościowo pozwala zachować kompozycyjny balans. Wokal niezwykle współgra z partiami instrumentalnymi, wszystko na „Wallflowers” wydaje się być bardzo na swoim miejscu. Płyta jest bardzo ciekawa i absolutnie warta przesłuchania!

Recenzja : Oliwia Cichocka

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *