BlackKay: Wolność i niezależność są dla mnie wybawieniem po tylu latach grania w zespołach

20 października miała miejsce premiera pierwszego solowego mini albumu BlackKay – „Aquarius”. Kasia Bieńkowska, do tej pory kojarzona między innymi z zespołem White Highway, dziś zrywa ze stylem 80’s hard’n’heavy, by otwierać się na zupełnie nowe horyzonty.

Kasia Bieńkowska już ponad rok działa pod pseudonimem BlackKay, szukając rozwiązań w różnych stylach muzycznych. W rozmowie z Iwoną Smyrak podzieliła się między innymi prawdą o wodnikach, którą skrywa płyta „Aquarius”, zdradziła, w jakich okolicznościach powstaje jej muzyka i dlaczego po ośmiu latach zdecydowała się rozpoczęcie solowej kariery.

Iwona Smyrak: Niedawno miała miejsce premiera „Aquarius”. Można powiedzieć, że artysta rozpoczynający solową karierę, wyrusza w nieznane. Nie wiadomo wówczas, jak ludzie, przyzwyczajeni do jego dotychczasowej działalności w zespole muzycznym, zareagują na coś nowego. Czy w związku z tym, obawiałaś się odbioru solowej płyty?

BlackKay: Oczywiście, że tak! Wydaje mi się, że zawsze pojawiają się obawy, gdy wypuszcza się coś swojego – niezależnie od tego, czy jest to książka, praca magisterska, nowy utwór czy płyta. Jednocześnie, po tylu latach działania w White Highway, czy we wcześniejszych „licealnych” kapelach, dorosłam już do zaakceptowania bezwzględnej prawdy, że o gustach się nie dyskutuje. Zawsze znajdą się odbiorcy, którym będzie się podobało to, co robię, ale będą też tacy, którym nie będzie się podobało – niezależnie od tego jak dobrze zaśpiewam. Będą też tacy, którzy z powodów osobistych będą podcinać skrzydła. Tak było, jest i będzie! Dlatego warto nabrać do tego dystansu. Ja się ogromnie cieszę, że wreszcie mogę podzielić się z Wami moją muzyką, bo szczerze mówiąc nie wiedziałam, czy uda mi się zamknąć tę EP-kę. Tak jak powiedziałaś, decydując się na solową karierę, wszystko spoczywa na Twojej głowie… Ale udało się! Minął tydzień od premiery, a feedback cały czas do mnie spływa – całe szczęście, na razie pozytywny.

Dobrze się czujesz w roli odpowiedzialnej za wszystko?

Ja zawsze byłam trochę „Zosią samosią”. (śmiech) Tak, czuję się nawet lepiej niż w zespole. W przypadku grania w grupie często trzeba iść na kompromisy, pytać innych o zdanie. Niektóre projekty są wstrzymywane, bo jednemu coś się nie podoba, drugi lub druga nie ma czasu, kolejny ma jakieś swoje „ale” i tak dalej. Oczywiście są też plusy bycia w bandzie – odpowiedzialność i koszty rozkładają się na wszystkich. Wspieracie się i razem przeżywacie wzloty i upadki, idziecie po swoje, jeśli członkowie zespołu patrzą w jedną stronę i mają wspólny cel. Jednakże, umówmy się, znalezienie osób, które są podobne do Ciebie i prezentują bardzo zbliżone cele muzyczne jest jak… wygrana na loterii. Często okazuje się po jakimś czasie, że pierwsze wrażenie na próbie było mylne, a wy kompletnie do siebie nie pasujecie. I znów trzeba szukać kogoś nowego… Teraz już nie mam tego problemu – tworzę muzykę, teksty i linie wokalne sama. Muszę też wspomnieć, że mam przy sobie anioła stróża w postaci Pawła Gromadzkiego, który generalnie jest gitarzystą, ale też gra na basie i perkusji. Tworzymy zgrany tandem – ja dostarczam utwór w wersji podstawowej, a Paweł dodaje swoje smaczki i nieziemskie solówy! Razem siedzimy nad produkcją muzyczną z realizatorami i nad tym, jak mają wyglądać poszczególne partie instrumentalne. Jednak czasami zdarzają się propozycje, które wywalają nas z kapci i zmieniają oryginalną partię instrumentu – tak było np. z bębnami w „Orionie”. Przemek Pawlas – bębniarz, który zagrał na płycie, zaproponował mega fajny beat zwrotkowy, który zmienił cały utwór. W połączeniu z oryginalną partią bębnów z refrenów i bridge’ów – dało to ciekawą całość! Z pomocą Pawła i chłopaków, którzy świetnie zagrali i zmiksowali materiał, robię muzykę na własnych zasadach. Ta niezależność mi się podoba. Wiadomo natomiast, że jest nieco trudniej.

Czy na ten moment, White Highway jest dla Ciebie zamkniętym rozdziałem?

Na ten moment tak, ale nie na zawsze. Spotkaliśmy się z chłopakami, pogadaliśmy szczerze i postawiliśmy sobie sprawę jasno – na razie White Highway jest zawieszone. Plany życiowe niektórych członków zespołu bardzo się zmieniły, wiedzieliśmy, że nie damy rady grać jako grupa w najbliższym czasie. Nie powiedzieliśmy sobie jednak, że jest to koniec WH. Zostawiliśmy sobie otwartą furtkę do tego, aby być może kiedyś wrócić. Może za pięć lat stwierdzimy, że fajnie byłoby jeszcze pograć i skrzykniemy się na próbę. Nie wykluczam tego i sądzę, że chłopaki też nie. Podobnie było z odłączeniem projektu „Still Of The Night” od brandu White Highway. Koncerty „stillowe” będą się odbywać co rok, jeśli nie będzie kolejnych lockdownów.

Kiedy rozmawiam z artystami, którzy porzucili dotychczasowe zespoły na rzecz solowej kariery, zdarza mi się usłyszeć, że nie do końca zależy im na tym, aby ich nowa muzyka spotkała się z uznaniem słuchaczy, ale na tym, by zaspokoić własne potrzeby, chęć sprawdzenia się w czymś innym. Co o tym sądzisz?

Po pierwsze – ja nie porzuciłam White Highway. To jakieś dziwne mity, że frontmani porzucają swoje kapele na rzecz kariery solowej. (śmiech) Jednak, prawda jest taka, że nasza wspólna decyzja o zawieszeniu zespołu była głównym motorem napędowym mojej „BlackKay’owej” drogi muzycznej. A odpowiadając na drugą część pytania…nie uwierzę żadnemu artyście, który mówi, że robi muzykę tylko dla siebie. Jeśli tworzysz „do szuflady” i nie pokazujesz nikomu swojej sztuki – wtedy robisz to dla siebie. Jednak w momencie, gdy publikujesz materiał w social mediach, jest to już chęć zaistnienia w świadomości danej grupy odbiorców. Nie będę tutaj kłamać, chciałabym dotrzeć z moją muzyką do szerszego grona ludzi, każdy twórca ma podobne „zapędy”. (śmiech) Jeśli dodatkowo dzieje się tak, że Twoja twórczość podoba się innym – to dodaje skrzydeł. Bardzo dużo osób, które nie siedzą głęboko w muzyce, nie zdaje sobie sprawy, jak ciężką pracą (i kosztem finansowym) jest stworzenie piosenki, a następnie jej nagranie, wyprodukowanie, zmiksowanie, promocja, i tak dalej… Jeśli wykonasz jakąś pracę – lubisz, jeśli ktoś to doceni, bo to z kolei sprawia, że masz poczucie sensu swojego działania.

Pięknie podsumowałaś pracę nad „Aquarius”, twierdząc, że chciałaś przetransportować muzykę ze swojej głowy do rzeczywistości. W sferze marzeń i planów wydaje się to łatwe, ale jak wygląda w praktyce? Czy to prawda, że utwory powstawały nocą?

Tak, to prawda. Zabawne jest to, że najczęściej pomysły wpadają mi do głowy, kiedy myję zęby. (śmiech) Wtedy wypluwam pastę i lecę do pianina, żeby nagrać dany pomysł na dyktafon. Jestem typem sowy – nienawidzę rano wstawać, siedzę do późnej nocy. Pierwsza czy druga nad ranem to moje stałe godziny pójścia spać, czasami nawet i później, gdy następnego dnia mam wolne. Noc jest porą, kiedy najlepiej mi się pracuje nad „twórczymi” tematami. Strasznie lubię ten proces robienia czegoś z niczego.

Skoro muzyka powstawała nocą, czy również wtedy zalecasz jej słuchać?

Tak, zwłaszcza utwór „Insane”! Brrr!

Musi coś w tym być, bo „Insane” najbardziej mi pasuje do tej pory dnia.

Piosenka „Insane” ma w sobie dreszczyk thrillera, szczególnie na koniec. Możesz się trochę bać, gdy sobie coś wyobrazisz… (śmiech)

Jednocześnie każdy z utworów jest inny. Czy taki był zamysł?

Nie, kompletnie nie chciałam sobie niczego zabraniać ani nakazywać. Tak, jak wam już gdzieś powiedziałam, przez osiem lat w zespole White Highway mieliśmy narzucony pewien styl – 80’s hard’n’heavy. Musiałam się do tego stylistycznie, wokalnie i wizualnie dopasować. Natomiast teraz powiedziałam sobie, że niezależnie od stylu, w jakim piosenka mi się „stworzy”, taką ją nagram – ważne, żebym ją naprawdę poczuła, w 300% autentycznie. Z tego powodu, każdy utwór jest z innej parady. Cieszę, że tak się stało, bo wreszcie mogę usłyszeć zróżnicowane opinie od słuchaczy. Jednym najbardziej podoba się „Orion”, innym „Deep Blue”, kolejnym „Insane”. Można powiedzieć, że płyta jest popowo-rockowa lub określić ją gatunkiem „world music”. Ale ja nie chcę się znów dookreślać, dopiero co udało mi się częściowo zdjąć dotychczasową łatkę „80s rock”. Na pewno spora część osób nie spodziewała się po mnie pewnych piosenek, ale to dobrze. BlackKay to zupełnie inna osoba niż frontmanka White Highway!

Mówisz, że rozpoczynając solową karierę, wiesz, jaką drogą chcesz iść. Czy wraz z nią otwierają się dla Ciebie kolejne?

Tak, wiem mniej więcej jaką drogą chcę iść i wiem, jak chcę, żeby brzmiała moja muzyka. Serducho mam rockowe – lubię mocne uderzenie gitar, mam ciarki, gdy ktoś mi zagra porządną solówkę. Tego nie pozbędę się nigdy. Ale uwielbiam też rytmiczne, nisko brzmiące bębny, potężny bas i przestrzeń w utworach. W jakim stylu będą kolejne piosenki? Odpowiedzcie sobie sami. (śmiech)

Tytuł albumu to „Aquarius” – jak mniemam, jesteś wodnikiem. Jaką prawdę o tym znaku zodiaku niesie za sobą ta płyta?

Tak jest – jestem zodiakalnym wodnikiem. Oczywiście nie twierdzę, że nasza przyszłość czy cechy charakteru są zapisane w gwiazdach, bo na to ma wpływ wiele innych czynników, ale fakt jest faktem, że cechy przypisywane wodnikom tak jakby… pasują również do mnie. (śmiech) Astrologowie twierdzą, że wodniki są skomplikowane, różnorodne i twarde, a swoją wrażliwość pokazują tylko najbliższym. Wodniki są też kontrowersyjne i buntownicze. ALE! Są też dobroduszne i uczciwe. Ponad wszystko kochają wolność. Dlatego też płyta nosi taki tytuł. Jest różnorodna, trochę skomplikowana, tekstowo i muzycznie pokazuje różne odcienie jednej osoby – od melancholijnego „Bring Me The Light” przez etniczne „Deep Blue” i kosmicznego „Oriona”, aż po wyznanie, jakim jest „Światło.Cień” czy mroczny thriller „Insane”. Puentując, pierwsza solowa płyta, w imię wolności i niezależności, nosi tytuł „Aquarius” czyli Wodnik – najbardziej buntowniczy, dziwny i kochający wolność znak zodiaku! A do tego mój znak zodiaku 🙂

Cechy, o których wspomniałaś, są silnie wyczuwalne podczas odsłuchu płyty.

Tak? To świetnie! Fajnie, że udało się je przemycić. Człowiek w pewnym wieku (śmiech) dochodzi do wniosku, że autentyczność zawsze w jakimś stopniu się obroni. Cieszę się, że wreszcie mogłam oddać ten kawałek swojego serducha słuchaczom!

Jak podsumujesz czas, który upłynął na wdrażaniu nowego rozdziału w Twoje artystyczne życie?

To dla mnie czas bardzo produktywny. Prawda jest taka, że to lockdown sprawił, że wreszcie zaczęłam grać na instrumencie – usiadłam do pianina, co otworzyło mi drogę do tworzenia muzyki. Oczywiście jestem póki co totalnym beginnerem i mam tego świadomość. Jednak ta możliwość, że wreszcie mogę zagrać coś, co mam w głowie była dla mnie pewnym wyzwoleniem. Nie zastanawiałam się, jak to zagram i jak się nazywa dany akord. Po prostu grałam jak umiałam. Nie ukrywam, że poznawanie akordów i teorii muzyki przy pianinie jest dla mnie ekscytującą przygodą. Kiedy poznajesz świat muzyki tak naprawdę na nowo, od strony teoretycznej, odkrywasz zupełnie inne rejony, w których możesz podziałać artystycznie. Następnym wyzwaniem jest dla mnie znalezienie muzyków, którzy zasilą mój skład koncertowy na przyszłość. Chcę grać koncerty z solowym materiałem, ale oczywiście w nieco późniejszym czasie, bo 5 utworów to jednak trochę za mało na koncert. Wydaje mi się, że na wszystko przyjdzie czas, a ten, który mam teraz, przeznaczę na pisanie nowych utworów. W międzyczasie wysyłam w przestrzeń CALL TO ACTION o treści „kto chce ze mną grać LIVE”? (śmiech)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *