Coldplay – Recenzja Music Of The Spheres

Sarfraz Manzoor miał swojego Bruce’a Springsteena, ja miałem Coldplay. Parachutes, A Rush of Blood to the Head oraz pozostałe płyty męczyłem w słuchawkach na okrągło. Uważałem ich za synonim artystów, idealny przykład jak zarówno skomplikowane jak i proste melodie mogą objawić emocje w muzyce. Z czasem twórczość zespołu zaczęła przechodzić metamorfozę. Czasy się zmieniły, rynek fonograficzny również. Dziś muzycy spod ramienia Parlophone są w kompletnie innym miejscu, niż na początku. Nie będę ukrywał, to głupie wierzyć, że po ponad 20 latach grania artyści zawsze będą sterczeć na scenie z banerami „więcej tych samych nas” i reprezentować stałą pozycję. Do Music Of The Spheres podszedłem ostrożnie. Czułem, że to nie będzie krążek, na który czekałem. Powód był prosty. Słyszałem single promujące wydawnictwo. Higher Power i My Universe wydawały się niemalże proroczymi kawałkami, pokazały czego mam oczekiwać, ile dawnego Coldplaya w Coldplayu, czym owy materiał najprawdopodobniej będzie. Wciąż uważam, że na albumie znajdzie się kilka ciekawych utworów, ale o tym później

Odnoszę wrażenie, że od czasów premiery Mylo Xyloto w 2011 muzycy postawili sobie pewien cel: album komercyjny, przepełniony popowymi brzmieniami ma poprzedzać krążek refleksyjny, skupiający się na stronie artystycznej i vice versa. Jeżeli porównamy poprzednie wydawnictwo, jakim jest podwójne Everyday Life z nowym materiałem, stoi w całkowitej opozycji. Kosmopolityczna mieszanka z 2019 oczarowała eksplozją gatunków (odrobina gospelu, jazzu) różnorodnością językową (Arabesque), nieoczywistymi tekstami, a zarazem znacznie bardziej stonowanym klimatem. Na Music Of The Spheres jest różnie, momentami kiczowato, komercyjnie (My Universe, Higher Power). Najbardziej boli fakt, że po przesłuchaniu tracklisty, poza „radiówkami”, w zasadzie większość kompozycji znika z pamięci słuchacza. Rozumiem koncepcję, album miał być takim instrumentalno-wizualnym Flashem Gordonem, kosmiczną podróżą następstwem Mylo Xyloto i A Head Full Of Dreams. Po części ten zabieg się udał. Ta korelacja nie ucieka z myśli odbiorcy nawet na chwilę, mimo że poprzednie krążki były znacznie lepsze.

Dużą rolę w produkcji albumu odegrał producent muzyczny – Max Martin. To on odpowiada za atmosferę materiału, a raczej jej połowiczny brak. Osoba, która wylansowała przeboje Katy Perry, Britney Spears oraz Taylor Swift postanowiła przeprowadzić lifting wizerunkowy zespołu, próbę komercjalizacji, co jest widoczne na każdej płaszczyźnie. Zaproszenie do współpracy K-Popowej grupy BTS (oczywiście, to nic złego, gdyby nie ucierpiał na tym kawałek) od razu pokazuje, że część kooperacji powstała stricte w celach marketingowych, dla obustronnych korzyści. Do nagrania partii wokalnych zaproszono również Selenę Gomez, choć Let Somebody Go jest całkiem przyjemnym kawałkiem i nie mogę powiedzieć, że wyprodukowano go na siłę. Potrafi oczarować i ma pewien klimat. Zresztą w pewnych momentach ciała niebieskie serwują trochę ciekawszego contentu. Human Heart, to najlepsza piosenka albumu. Zaśpiewana accapella porusza całą galaktykę atmosferą i udowadnia, że na te kilka minut ta próżnia kosmiczna wydaje się ją posiadać. Podobne doświadczenie towarzyszy nam przy trwającej aż 10 minut, zwieńczającej całość Coloraturze. Jak zdążyliście zauważyć, ballady są kołami ratunkowymi materiału. Warto również przyjrzeć się People The Pride, jest czystym substytutem dla fanów deczko mocniejszej muzyki i jej ostatnim bastionem na trackliście. Na tym kończy się dobra strona krążka i wracamy do radiowych zapychaczy. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że włożono ogrom pracy, by doprowadzić utwory do końca. To nie tak, że muzycy nagrali twórczości w kilka tygodni, a wierzcie mi, dziś to nie wydaje się tak oczywiste…

Music of the Spheres to album uniwersalny, wypełniacz ramówki. Będzie świecił triumfy na listach przebojów, w praktyce jednak cały materiał jest sprofilowany pod młodych odbiorców. Jak wiadomo, najmocniej krwawi serce fana. Myślę, że punktem wyjścia jest taktyka, jaką obierzecie, patrząc na kompozycje. Jeżeli tęsknisz za starszymi albumami pokroju A Rush of Blood to the Head zdecydowanie bardziej rekomenduję o dwa lata młodsze Everyday Life, mimo że kilka utworów stoi na przyzwoitym poziomie. Natomiast zwracając się do drogich miłośników top list MTV i twórczości BTS, nowe wydawnictwo jest dla was. Zachęcam do wyrobienia sobie własnego zdania o albumie.

Recenzował Kamil “Inky” Kołacz

Zdjęcie podglądowe: Okładka Music Of The Spheres

One thought on “Coldplay – Recenzja Music Of The Spheres

  1. Bardzo ciekawa recenzja! Lepsza niż sam krążek 🙂 Sam jestem fanem Coldplay’a i odnoszę podobne wrażenie z odsłuchu płyty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *