Lee. Na własne oczy pojawi się w kinach już 13 września – jest to najnowsza produkcja w reżyserii Ellen Kuras opowiadająca historię Lee Miller, która podczas II Wojny Światowej została korespondentką wojenną. Podjęte przez nią zadanie sprawiło, że zarówno ona, jak i jej obiektyw stali się świadkami niewyobrażalnych okropności, dotykających nie tylko świat, ale i… ją osobiście. Dla polskich widzów dodatkową zachętą może być fakt, że zdjęciami do filmu zajął się Paweł Edelman, dawniej współpracujący z takimi osobistościami jak: Andrzej Wajda czy Roman Polański.
Wkraczamy w niezwykle ciekawy okres dla kina wojennego, ponieważ coraz częściej otrzymujemy filmy, które stają się mocno personalne. W produkcjach z początku wieku, nawet kiedy historia dotyczyła konkretnej figury, to trud wojny był głównym bohaterem, a fabuła była prowadzona tak, że to właśnie ta tragedia stała na pierwszym miejscu, a nie jednostka. Teraz można zauważyć sytuację odwrotną – wojna jest tłem, a Lee Miller (Kate Winslet) stoi w centrum wszystkiego. Jest to ciekawe, ponieważ zmusza widza do przyzwyczajenia się do czegoś innego i nieoczekiwanego zarazem.
Kate Winslet stworzyła postać niejednoznaczną – z jednej strony zimna, zamknięta i lekko przemądrzała była gwiazda, a z drugiej walcząca o swoje, uparta kobieta chcąca pokazać prawdę. Intrygujące jest to jak interesujący kontrast stanowią otaczający ją mężczyźni!
Alexander Skarsgård jako Roland Penrose i Andy Samberg w roli Davida E. Schermana stanowią całkowite przeciwieństwo do bohaterki Winslet. Ich czułość i dobroć są przeciwwagą do powagi i chłodu swojej towarzyszki. Był to świetny casting, ponieważ aktorzy bezbłędnie odczytywali się na ekranie. Najbardziej jednak zaskakuje Samberg, znany głównie z ról komediowych, stworzył postać kompletną, wiedzącą gdzie i po co ma się pojawić, a w jego grze nie widać przypadkowych gestów… wszystko było przemyślane. Ciężko w postaci Davida znaleźć lekkoducha Jake’a z Brooklyn 99 czy genialnego uczestnika Saturday Night Live.

Kolejnym mężczyzną postawionym koło Lee był jej syn Antony, w tej roli Josh O’Connor, który już w kolejnym swoim projekcie udowadnia, że czeka go świetna kariera! W ostatnim czasie mogliśmy go zobaczyć m.in. w The Crown jako księcia Karola, Challengers jako niespełnionego tenisistę i teraz w Lee. Na własne oczy jako syna poszukującego prawdy o matce. W żadnym z tych filmów młody aktor nie wychodził spoza swojej postaci i prowadzi ją w sposób intrygujący, który nie pozwala o sobie zapomnieć, nawet gdy siedzi przed nim tak wielka aktorka jaką jest Winslet.
Co może być największym niedociągnięciem filmu jest kreacja Marion Cotillard, która już od wielu lat (niestety) rozczarowuje. Od dłuższego czasu aktorka prowadzi swoje postacie bardzo płasko, jakby grała samą siebie bez odpowiedniej charyzmy i wyczucia, na czym traci film i sceny, które w zamierzeniu miały być ciężkie i emocjonalne. Jednakże takie drobnostki był w stanie schować Paweł Edelman, który zrobił świetne zdjęcia, budujące napięcie i budzące ciekawość widza, a jednocześnie był w stanie przekazać nam trzy różne perspektywy i sprawić, aby każda miała swój własny unikalny ton.
Lee. Na własne oczy uderza na wiele różnych sposobów, nie chcę teraz przytaczać poszczególnych scen, aby nie zabierać widzowi przyjemności oglądania i odkrywania pewnych faktów, ale ubranie tego filmu w tak wiele warstw i nadanie mu tak nieoczywistego kształtu sprawia, że ogląda się go z zaciekawieniem. Choć postać Lee może wydawać się chłodna i niesympatyczna, to kiedy przyjrzymy się jej historii głębiej, napewno odnajdziemy zupełnie inny obraz tej bohaterki. Muzyka, scenografia, zdjęcia, a co najważniejsze dobór głównych bohaterów sprawia, że wyjdziecie z kina zaintrygowani tą postacią i jej historią, a zdjęcia, które zrobiła pozostaną z Wami jeszcze na długi czas po zakończeniu seansu…



Autor: Joanna Tulo