Zimno na zewnątrz, a gęsto pod sceną. Klub Bilardowy Falcon w styczniu działa jak azyl – wchodzisz z ulicy od razu czujesz inną temperaturę. Sezon koncertowy 2026 rozpoczął tu 15 stycznia Czarny Ziutek z Kilerami, grając repertuar Kultu i Kazika Na Żywo, ale w swojej interpretacji.
Koncert otworzyło solo na saksofonie – dźwięk niósł się po sali, wprowadzając napięcie, które nie opadło już do końca. Kawałek „Krew Boga” zaczął właściwy set – ciężko i bez rozbiegu. „Maciek ja tylko żartowałem” i „100 000 000” natychmiast uruchomiły publiczność: pamięć zbiorowa, ironia trafiająca dokładnie tam, gdzie powinna, reakcje szybkie i instynktowne.
Środek setu to sinusoida energii. Przy „Raz pierwszy” i „12 groszy” tempo wrosło. Ten drugi utwór w nieco szybszej wersji brzmiał świeżo i bardziej nerwowo niż zwykle. „Piosenka trepa” i „4 pokoje” pokazały, jak bardzo CZZK potrafią przefiltrować klasyczne kawałki przez własną wrażliwość. Świetny moment nastąpił przy „Prosto”, gdzie saksofon zrobił robotę, dodając numerowi przestrzeni i nerwu. Jeden z tych fragmentów koncertu, które zostają w głowie na dłużej. „Dziewczyna bez zęba na przedzie” i „W południe” pogłębiły klimat ulicznej opowieści.
Druga część koncertu była wyraźnie mocniejsza emocjonalnie: „Artyści” zabrzmieli ostrzej, bardziej dosadnie. „Przy słowie”, „Legenda ludowa” i „Wierszyk z daleka” budowały napięcie tekstem, nie tylko dźwiękiem. Wraz z kolejnymi numerami pod sceną robiło się coraz ciaśniej. Potem publiczność dostała serię, przy której nie dało się stać obojętnie: „Lewe lewe loff”, „Arahja” – jeden z ulubionych kawałków, co było słychać pod sceną.
W trakcie „Baranka” zespół na moment pozwolił przejąć refren publiczności, która zaśpiewała go sama, a capella. Czysta koncertowa euforia w „Andrzej Gołota” poniosła fankę na rękach innych niemal pod sufit. „Tata dilera” i „Mieszkam w Polsce” domknęły set z gorzkim, ale bardzo czytelnym akcentem. Publiczność wiedziała, że to jeszcze nie koniec. Na bis usłyszeliśmy „Wódkę” i wyczekiwaną przez wszystkich „Celinę”. A potem jeszcze „Dziewczyny” i „Sowieci” – drugi bis na mocne zakończenie.
To był koncert gęsty, świadomy i fizyczny – bez nostalgicznego grania „hitów”, za to z pełnym zanurzeniem w tekst i energię. Zespół sam w sobie to siła, która od pierwszych sekund wciąga. CZZK nie próbują być Kultem ani KNŻ. Biorą ten repertuar i mówią nim własnym głosem. Grają z precyzją i luzem jednocześnie – każdy numer jest performancem, w którym dźwięki i teksty splatają się w całość, a publiczność staje się częścią tej narracji. Energia w sam raz na mroźny, zimowy wieczór!