Ej, Mery, ja też tak mam – recenzja debiutu literackiego Mery Spolsky

Mery mogłaby być moją przyjaciółką. Mogłybyśmy pojechać wieczorem na plażę, otworzyć tanie wino i przegadać całą noc o naszych bolączkach, facetach, codziennych radościach i trochę przewietrzyć demony zalegające na dnie duszy. Przyjaciółkami nie jesteśmy, ba, nawet nie miałam okazji poznać Mery. Ale za to ona napisała książkę, ja tę książkę przeczytałam – a to już prawie jak nocne rozmowy na plaży.

Kto zna muzyczną twórczość Mery, ten może domyślać się, co znajdzie w książce. Jest dużo zabawy słowem, mnóstwo tematów damsko-męskich, słowo o kompleksach, chwile smutku i radości… To wszystko, co niemal każda młoda kobieta w jakimś stopniu przeżywa. Jednak większość z nas, młodych kobiet, nie bierze się za pisanie książek o swoim życiu. Bo czy nasza codzienność warta jest opisania? Mery pokazuje, że tak, że warto pisać o tej codzienności, że właśnie zwyczajne chwile, codzienne obserwacje rzeczywistości są doskonałym materiałem na książkę, która czasem rozbawi, czasem zasmuci, a czasem zmusi do refleksji i przemeblowania swojego życia.

Zabawa zaczyna się już od pierwszych stron. We wstępie dostajemy słowotok pełen rymów, słowa pędzą niczym krajobrazy za szybą rozpędzonego samochodu, a oko nie nadąża za literami. Potem jest trochę wolniej, ale nie znaczy to, że wkrada się nuda. Mam wrażenie, że tekst ma swoje własne wrodzone tempo, z jakim należy go czytać i zwyczajnie nie można zwolnić ani przyspieszyć wedle własnego widzimisię. Jest to zasługą nie tylko samego tekstu, gdzie długość zdań i rymy nadają pewien rytm, ale też atmosfery tworzonej przez Mery w każdym rozdziale, jak i strony graficznej. Książkę czasem trzeba odwrócić bokiem, czasem czarne pasy przecinają kartkę w zupełnie niespodziewany sposób, jeszcze na innej stronie rysunkowy Lolek patrzy tak uroczo, że nie sposób się nie zatrzymać, a kawałek dalej uporczywe muchy nie chcą odlecieć z kartki. Do tego dochodzi zróżnicowana wielkość liter i kształt tekstu… Tutaj naprawdę mnóstwo się dzieje.

A co do treści… Mery zabiera czytelników na spacer po swoim życiu. Opisuje momenty wesołe i smutne, refleksyjne i beztroskie. Wspomina wesołe dzieciństwo i mamę. Bez wstydu opowiada o swoich kompleksach i słabościach, o walce z samą sobą, by choć czasami podejmować decyzje rozsądne, dobre dla portfela i ciała. Krytykuje absurdy współczesnego świata, życie kreowane w social mediach i kilku facetów, którzy po czasie okazali się zupełnie inni niż na etapie pierwszych randek. Z miłością pisze o tacie, bliskich i ukochanym psie. Otwiera drzwi do swojego intymnego świata, pokazuje to, co dzieje się w jej własnych czterech ścianach. A przede wszystkim pokazuje, że życie artystki niczym nie różni się od życia przeciętnego człowieka. Jak każdy czasem spędza cały dzień pod kocem i na obiad wybiera mrożoną pizzę, a kiedy indziej czuje, że może podbić cały świat.

Jestem z tego samego pokolenia co Mery. Moje życie jest jednocześnie inne i bardzo podobne. Czytając raz miałam ochotę powiedzieć “ej, dziewczyno, weź się opamiętaj, to się źle skończy”, a raz wzdychałam “Mery, wiem o czym mówisz, rozumiem, mam tak samo”. Nie sądzę, by Mery była głosem całego pokolenia, bo przecież wszyscy bardzo się od siebie różnimy. Nie sądzę też, by książka spodobała się każdemu, bo styl jest oryginalny i literackim tradycjonalistom może nie przypaść do gustu. Ale jednocześnie chyba każdy znajdzie tam chociaż mały fragment o sobie i swoim życiu. Bo ta książka właśnie jest po prostu o życiu. Pod przykrywką zabawnych historii, pod warstwą zabawy słowem jest esencja życia – radość i smutek, śmierć i życie, początek i koniec, stagnacja i ekspresja, plany i spontaniczność. Czyli to, co łączy wszystkich ludzi na świecie.

Autor : Ewa Kuta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *